Pora roku:

Pora roku: Początek Zimy.
Jeśli śnieg utrzymuje się dłużej niż kilka dni, możemy zacząć mówić o początku zimy. Temperatura powietrza jest coraz niższa, należy uważać na poranne przymrozki. Cienka warstwa śniegu przyjemnie skrzypi na każdym kroku lecz aura nie zachęca do wyjścia – cały czas jest pochmurnie i pada, czy to deszcz czy to śnieg. Życie w lesie zamarło na czas zimy – jedynie kilka gatunków zwierząt, nie udających się w cieplejsze rejony, zostały wśród gołych drzew, żyjąc jak gdyby nigdy nic. Nawet niektóre niebezpieczne stworzenia, nawet te z Djevelskogu, ograniczyły swoją aktywność, co nie znaczy, że należy tracić czujność. Nie zaleca się wycieczki w wysokie góry, nawet skrzydlatym wilkom, ze względu na ryzyko zejścia lawiny i silne, północne fronty powietrza niosące masę zimnego powietrza.

Menu pionowe i populacja (na samym dole)

Informacje
Oficjalna data otwarcia: 08.03.2021

POPULACJA: 9
W tym NPC: 3

Wadery (♀): 5
Basiory (♂): 4
Szczenięta: 0

LICZBA ZMARŁYCH WILKÓW: 0
LICZBA PAR: 0

Następne postarzenie: 21-23.02.22
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżny onyx. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżny onyx. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lutego 2022

Brak komentarzy

Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny Onyx".

Pomyślmy, co by się ze mną stało, gdy Pandora umarła. W teorii, nie powinno nic. Żyłbym dalej, spał, biegał, polował, zbierał zioła, może nawet znalazłbym innego medyka, któremu mógłbym pomagać. A w praktyce? Prawdopodobnie załamanie nerwowe. Spotkałem już wilki, które takie coś przeszły. Wszystkich charakteryzowała niemoc. Przypominali w zachowaniu zombie, które od dawna nie jadła mózgu i powoli umierało. Te wilki umierały wewnątrz siebie i nie chciały pomocy. Nie wierzyły, że cokolwiek im pomoże. Prawdopodobnie należałbym wtedy do ich grupy. Pandora nie była tylko moją opiekunką i chociaż nie mogłem jej nazwać matką, była czymś więcej, niż dwie te osoby w jednym. Czułem do niej ogromną miłość, ale nie taką, jaką darzą siebie zakochane wilki, chcące się pobrać i mieć dzieci. Kochałem ją jak starszą siostrę, która gdyby nawet mi kazała oddać za nią życie, prawdopodobnie bym to wykonał. Ktoś by pomyślał, że jestem szalony, ale kiedy ktoś, kto powinien cię kochać całym sercem, porzuca cię niemal od razu i skazuje na śmierć, a wtedy spotykasz kogoś, kto walczy ze śmiercią, aby cię ocalić, darzysz tę osobę nie tylko ogromnym szacunkiem i miłością, ale powierzasz swój los w jego – przynajmniej tak było w moim przypadku.
Nie lubiłem donosić o żadnych rzeczach nikomu i nie z tego względu, że nie chciałem być kapusiem, ale dlatego, że sądziłem, że to nie są moje problemy. Jeśli sobie z jakimiś poradziliśmy, uniknęliśmy ich i dalej żyjemy, problemy te dla mnie znikały i nie odczuwałem przymusu powiadamiania o nich kogokolwiek, aby ktoś był bezpieczny. Każdy powinien sobie sam radzić i odnaleźć rozwiązanie. Ta sytuacja jednak była inna. Jakimś cudem staliśmy się częścią tej społeczności, więc ucieczka w inne miejsce stała się niemożliwa – ale tylko moralnie, w praktyce łatwo jest wziąć nogi za pas, potem tylko należy sobie poradzić z własnym sumieniem. Skoro w jakimś stopniu należeliśmy do tego miejsca i do tych wilków, chciałem, aby Pandora była bezpieczna. Jeśli mieliśmy gdzieś zostać na stałe, to tylko w bezpiecznym miejscu. Drugi problem leżał w tym, że należało spłacić dług. Antilia wcale nie musiała nam pomagać, mogła nas zostawić w każdej chwili, a mimo to była z nami do końca. Chociaż byłem ślepy, widziałem w niej kogoś bardzo dobrego i godnego szacunku innych.
Po dotarciu do jaskini alfy, głos zabrała samica. Rozmawiała z Akosem, wyjaśniając całą sytuacje od samego początku; od pożaru w lesie, mówiąc o ludzkiej wiosce, a kończąc na naszych ranach, pomijając fakt, że użyła mocy – tak, wyczułem to, kiedy krople wody zaczęły przemieszczać się niezgodnie z kierunkiem wiatru. Nie odezwałem się jednak w tej kwestii, jedynie przytaknąłem i dodałem, że raczej nikogo innego nie przetrzymują w tamtej dziurze, ale w każdej chwili może się to zmienić. Samiec podziękował za raport, po czym wrócił do jaskini, aby to wszystko przemyśleć i podjąć odpowiednie działania, w celu ochrony watahy. Razem z Antilią skierowaliśmy się w stronę jej jaskini, gdy zaproponowałem, że ją odprowadzę.
- Chciałem ci jeszcze raz podziękować za to, że nam pomogłaś – przerwałem ciszę.
- Nie musisz – zapewniła, ale pokręciłem głową.
- Muszę i chce. W każdej chwili mogłaś bezpiecznie wrócić do watahy i udawać, że nic nie wiesz. Dzięki tobie Pandora żyje. Nie mam pojęcia co bym zrobił, gdyby coś jej się stało – powiedziałem, utrzymując poważną minę. 
- Rozumiem. Więc nie ma za co – powiedziała radośnie, na co przez krótką chwilą uśmiechnąłem się prawie niewidocznie. – To twoja siostra? 
- Kuzynka – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – I jednocześnie opiekunka – dodałem. Antilia pokiwała głową.
Reszta drogi przebiegła w ciszy, nie była jednak ona niekomfortowa. Oboje odpoczywaliśmy jeszcze po tej całej sprawie, więc wsłuchaliśmy się w naturę. W świergoczące ptaki, świst wiatru i szum liści, a kiedy odprowadziłem samicę do jej jaskini, jeszcze raz podziękowałem, zapewniając, że kiedyś się odwdzięczę i ruszyłem do siebie. 
Byłem już zmęczony, dlatego droga bardzo mi się dłużyła. Kiedy wreszcie dotarłem do groty, spostrzegłem, że Pandory nie było na swoim miejscu. Rozejrzałem się po wnętrzu i zdałem sobie sprawę, że jej tu nie było. Zawołałem ją. Raz, drugi. Gdy już miałem wybiec z jaskini i zacząć jej szukać, skrzydlata wadera pojawiła się w progu, z bladą miną. 
- Poszłam się tylko napić wody – mimo zmęczenie uśmiechnęła się rozbawiona moim zachowaniem.
- Dobra dobra – wymamrotałem, podchodząc do niej i ją przytulając.


<Antilia? Może niech odpoczną przed walką z ludźmi>

czwartek, 20 stycznia 2022

Brak komentarzy

Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx".

Nie miałam czasu ani chęci kłócić się z Pandorą. Wiedziałam, że donikąd prowadzi dyskusja z nią, tak więc kiwnęłam głową, po czym chwyciłam dotkliwie pogryzionego przrz szczury Yareena za kark i po kilku mocnych uderzeniach skrzydeł wzniosłam się w powietrze. Nie chciałam lecieć zbyt daleko, aby w razie czego szybko wrócić po rogatą waderę. Najdelikatniej jak tylko mogłam postawiłam Yareena na ziemi, ja natomiast nadal wisiałam w powietrzu. 
– Ja lecę po Pandorę – powiedziałam, ufając mu, że zostanie tam, gdzie go zostawiłam. Leciałam najszybciej, na tyle ile mogłam w tej pogodzie. Deszcz dalej padał, na szczęście mniej intensywniej niż wcześniej, lecz dalej utrudniał lot. Zniżyłam lot, lądując w leśnej połaci kilka metrów od miejsca, w którym się rozdzieliliśmy. Zaczaiłam się, obserwując sytuację. Ludzie zarzucili na wilczycę jakiś kolejny swój wynalazek, który krępował jej ruchy – im bardziej się szamotała tym bardziej zaplątywała się w to coś. Zacisnęłam zęby i już chciałam rzucić się na te istoty, ale w ostatniej chwili powstrzymałam się. Wpadłam na lepszy pomysł, dzięki którym ludzie zapamiętają, żeby nie zadzierać z naszym Klanem… 
Przy pomocy mocy Skaperen i wody zbierającej się na powierzchni ziemi, która była już nasycona, ostrożnie stworzyłam dużego niedźwiedzia tuż za plecami ludzi. Gdy jeden z nich dostrzegł jakimś cudem ruch, mój niedźwiedź był już gotowy – stanął na tylnych łapach i otworzył swą paszczę, niemo rycząc. Na szczęście to wystraszyło te dwunożne istoty, które porzuciły swoje dziwne patyki i zaczęli uciekać w popłochu. Ja wykorzystałam moment – skoczyłam do przyjaciółki, po czym zaczęłam przygryzać te dziwne liany. Wodny niedźwiedź również opuścił swoje płynne cielsko, opadając na cztery łapy i również zaczął gryźć. 
Gdy udało nam się uwolnić Pandorę z pułapki, sprawdziłam jej stan. Nie mogła latać ale na szczęście mogła biec. Uciekłyśmy razem w stronę kryjówki jej kuzyna, aby razem wrócić na bezpieczne ziemie naszego klanu. Zostawiłam jednak wodnego niedźwiedzia, aby jeszcze narozrabiał w wiosce ludzi. Isobel nie musi o tym wiedzieć… – uśmiechnęłam się w myślach. 

•❅─────✧❅✦❅✧──────❅• 

–Nie rzucaj się! – zawołałam, gdy opatrywałam rany Yareena. Basior stęknął coś w odpowiedzi, ale podłożył się do wygodniej, przestając się wiercić. Wzięłam jego łapę i obejrzałam dokładnie w promieniach porannego słońca, które zawitało do mojej jaskini. Większość nocy opatrywałam Pandorę, choć to drugi zielarz był bardziej poraniony. On jednak upierał się, abym zaczęła od rogatej wilczycy. Jej gadzie skrzydła miały porozrywane błony międzypalcowe a tors mocno potłuczony. Nie wykluczałam połamanych żeber… Westchnęłam. 
Byłam zmęczona i marzyłam o długiej drzemce ale na razie musiałam z tego zrezygnować… Zaczęłam nakładać kojącą maść z rumianka, aby nieco złagodzić świąd oraz zaczerwienienie, a potem mocniejszą, składającą się z mirry, kozłówka lekarskiego oraz rozmarynu. Miałam nawet spory zapas leków, tak więc nie musiałam prosić ich o przygotowanie tychże lekarstw. 
Trochę mi zajęło znalezienie wszystkich ukąszeń ale się udało. Drugie tyle natomiast zajęło mi opatrzenie tych ran i zastosowanie odpowiedniego leku. Pandora bardzo mi pomagała, podając co trzeba, co przyśpieszyło moją pracę. Koniec końców, udało się. Nareszcie… – pomyślałam, wstając. Łapy mi zdrętwiały… Zaczęłam je masować, aby pozbyć się nieprzyjemnego uczucia… 
– I co teraz zrobimy? – zapytał Yareen, gdy i on wstał. 
– Dobre pytanie… – przyznałam, szczerze zastanawiając się. Nie miałam jednak żadnego sensownego pomysłu. – Przede wszystkin musimy przedstawić sytuację Bethcie… Oba wilki kiwnęły głową. Pandora chciała iść z nami, ale obrażenia jej na to nie pozwalały. Poprosiłam, aby została, a ta przytaknę, obiecując, że zostanie. My natomiast ruszyliśmy w stronę Skały Alf, gdzie mieliśmy się spotkać z Isobel. 

Yar? Pandora może zniknąć w tajemniczych okolicznościach ;)

piątek, 7 stycznia 2022

Brak komentarzy

Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny Onyx"

Gryzły. Czułem, jak wbijają we mnie te swoje małe, ostre ząbki i jak drapią, tymi swoimi długimi pazurkami. Czułem już nie tylko swąd tej dziury, w której się znajdowałem, ale również smród tych szczurów. Śmierdziały gorzej, niż cała ta przestrzeń. Ich zapach składał się nie tylko z tego, co leżało w tej jamie, ale także z obcej, zaschniętej krwi, zimnego potu, żywego mięsa oraz ‘strachu’. Tak, jakby zjadają wszystkie swe ofiary, wyżerały im uczucia, towarzyszące w tej agonii. Skreśliłem siebie za drugim ugryzieniem. Zwalanie, kopanie i gryzienie na ślepo nic nie dawało. Jeśli trafiłem, one wracały. Było ich więcej, a ja byłem sam. Nie widziałem niczego, czułem jedynie duszący smród i ból. Teraz wiedziałem jak to jest być ofiarą. Gdybym wcześniej nie zabijał mojego pożywienia, a zjadał je w całości na żywca, w tej chwili bardzo bym tego żałował. Śmierć w ten sposób jest nie tylko żałosna, ale także jest torturą. Kawałek po kawałku twojego ciała odrywa się od skóry, mięsa, a w końcu od kości. Już tylko podpalenie żywcem jest równie bolesne – z tą różnicą, że podpalenie jest krótsze, od bycia pożeranym przez szczury. Z drugiej strony, one też muszą coś jeść, prawda?
Nagle coś poczułem. To było inne uczucie, niż ta cała ciemność wokół mnie. To było miłe, a nawet ‘świeże’. W mgnieniu oka zrozumiałem, że był to powiew wiatru. Był bardzo nikły, trwał dosłownie chwilę, ale go odczułem i to napełniło mnie nową nadzieję - myślami, że jednak nie umrę i nie myliłem się. Kto by pomyślał, że w takim miejscu zjawi się Antilia. 
Najpierw był wiatr, a potem dźwięk. Głos samicy odbił się echem od pomieszczenia, zaraz jej zawtórowałem. Wadera uporała się z kilkoma szczurami, a gdy ja nabrałem na nowo nadziei, również odepchnąłem ich parę. Ruszyliśmy w kierunku wyjścia, Antilia mnie prowadziła. Słyszałem jej oddech, tupot łap i szybkie bicie serca. Za sobą również wiele słyszałem: miliony małych stópek, biegnących w naszą stronę, niczym szarża potężnych bawołów. Ich piski roznosiły się wszędzie, dobiegały do naszych uszu i gdyby nie adrenalina, ich wysokie decybele oszołomiły by nas. 
Gdy znowu byliśmy na zewnątrz, a ja poczułem, jak cała moc do mnie wraca, nie miałem praktycznie czasu, by się „rozejrzeć”. Mignęły mi jedynie jakieś duże obiekty, które ominęliśmy - od razu po wyjściu z tunelu, wzbiliśmy się w powietrze. Kulałem, przez co mój lot niczym nie różnił się od kalekiego ptaka, który na siłę próbuje wznieść się wysoko. Kto by pomyślał, że takie małe szczurki, mogą wyrządzić tyle ran – jeden może rzeczywiście by nie mógł, ale kiedy pojawiają się ich całe stada liczące po kilka setek, rzeczywistość blaknie.
- Pandora! – Antilia zawołała moją przyjaciółkę. Jej głos był przyjęty, nie wskazywał na nic dobrego. Kiedy wyczułem jej zapach, a następnie odnalazłem jej położenie, przestałem lecieć i runąłem na ziemię, zaraz obok niej. Skrzydlata pisnęła i mnie zwyzywała, mówiąc coś, abym w tej chwili się nie uśmiechał. 
- Mamy poważne kłopoty, wstawaj – nakazała. Antilia po chwili wylądowała obok nas.
- Dasz radę polecieć? – zapytała Pandorę, ale otrzymała negatywną odpowiedź. Kiedy do moich uszu dotarły kolejne dźwięki, tym razem ludzkie, zrozumiałem, czemu tak się bały. Próbowałem wstać. Wmawiałem sobie, że jeszcze trochę i będziemy bezpieczni. Przecież nie mogło to się inaczej skończyć, prawda?
- Antilia – odezwała się Pandora. – Zabierz go stąd – spojrzałem w kierunku głosu. Znowu spróbowałem wstać, ale z niezadowalającym skutkiem.
- A co z tobą? 
- Zaraz coś wymyśle, ale póki wiem, że coś mu grozi, to nie mogę myśleć.
- Ale…
- Już! – krzyknęła z wyraźnym zdenerwowaniem w głosie. Mówi się, że samice zostały wysłane przez diabły, aby kusiły samców. Jeśli to prawda, to Pandora czasami brzmiała jak król diabłów. Słyszeliście kiedyś jego głos? Niski, z wyraźnym drżeniem, mogącym wywołać trzęsienia, takim, któremu nie możesz się przeciwstawić, bo twoje ciało samo się buntuje. Jeśli nie, to dobrze. Ja słyszałem, niewiele razy, ale raz wystarczył, abym zapamiętał. I abym wiedział, że wtedy Pandorze nie wolno się przeciwstawiać.
Po chwili poczułem, jak Antilia chwyta mnie za kark i podnosi.


<Antilia?>

środa, 10 listopada 2021

Brak komentarzy

Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"

– Pandora, zobaczą Cię! – na wpół szepnęłam a na wpół krzyknęłam. Położyłam uszy przy głowie i gorączkowo rozglądałam się za nadchodzącymi ludźmi, podczas gdy Pandora wyszła na sam środek ich wioski, idąc tropem zapachu Yareena. Zdążyłam już zmoknąć do suchej nitki, lecz mi jako wilkowi wody, nie przeszkadzało, przynajmniej wtedy. Nie chciałam tutaj przebywać dłużej, niż to jest potrzebne. Wilczyca dostrzegła leżące niedaleko powalone drzewo, do którego szybko podbiegła. Przekląłam pod nosem i ruszyłam za nią, chowając się w cieniu. Biaława wadera położyła swoją łapę na chropowatej korze i przymknęła lekko oczy. Ja natomiast stałam na czatach, pilnując, by nie zostać wykryte, choć widziałam mnóstwo tych dwunożnych istot biegających tam i z powrotem. Deszcz przybierał na sile, przez co te dziwne stworzenia zaczęły się ślizgać po błotnistym podłożu. Nie miałam najmniejszej ochoty na spotkanie z tymi stworzeniami. Niestety, los postanowił zadrwić z moich marzeń…
Gdy Pandora rozmawiała z martwym, powalbym drzewem, jeden z ludzi dostrzegł mnie oraz moją towarzyszkę. Zaczął coś krzyczeć w swoim dziwnym języku, podnosząc alarm. Nie, nie, nie…! – zaczęłam krzyczeć w myślach, widząc, jak ludzie zaczęli biec w naszym kierunku. Trzymając e przednich kończynach lśniące przedmioty oraz zapalone pochodnie. Serce mi zadrżało, a umysł szukał drogę ucieczki.
– Pandora! – krzyknęłam głośno, mając nadzieję, że usłyszy mój krzyk. Na szczęście przerwałam jej trans, po czym od razu powiedziała:
– Yareen jest w środku tego metalowego kółka w ziemi!
Ludzie zaczęli zacieśniać krąg, który niczy obręcz, zaciskał się wokół nas. Niedaleko huknął piorun, który styknął się z ziemią, zupełnie jakby dłoń z nieba postanowił dotknąć palcem Matkę Ziemię. Deszczowe krople zaczęły spadać szybciej, a ja poczułam siłę tego żywiołu. Ludzie zatrzymali się i czekali na nasz ruch.
– Musimy uciekać! – zawołałam do towarzyszki. Wiedziałam, że będzie się sprzeciwiać, lecz nie miałyśmy szans z tak dużą liczbą ludzkich istot.
– Nie zostawię go! – odpowiedziała, ostro marszcząc brwi.
– To co robimy?! – zapytałam, widząc, że dwunodzy zacieśniają drogę ucieczki. – Nie mamy dużo czasu!
– Ty odwróć ich uwagę a ja pójdę do tego metalowego okręgu!
l– Dobrze… – przystałam na tą propozycję. Wolałam to lub cokolwiek innego od stania tutaj i czekania na śmierć.
– Teraz! – krzyknęła Pandora, która wystrzeliła w kierunku domów, a ja przed siebie.
Ludzie rozdzielili się, lecz po stworzeniu kilku ścian wody blokujących pościg za Pandorą, które spowodowały wydanie jakiś dziwnych dźwięków, ruszyli za mną. Bogowie, dopomóżcie!

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Yareen patrzył niewidomymi oczami gdzieś w dal, licząc, że zdoła zlokalizować przeciwnika, lecz miejsce, w którym obecnie się znajdował, utrudniał mi korzystanie z swoich mocy. Śmiech odbijał się od nagich skał, zniekształcając jego wydźwięk, co nieco zabolało białego wilka. Nagle usłyszał on chlupot wody oraz dziwny, specyficzny dźwięk. Niby to szczęk i dzwonienie zębów, ale jakby mlaskanie oraz wysoki pisk…
– Cieszę się, że wpadłeś nas odwiedzić, ponieważ od dawna nikt do nas nie zaglądał… – zachichotał piskliwie tajemniczy głos, po czym nostalgicznie jakby westchnął. – Ja i moje dzieci zdążyliśmy porządnie zgłodnieć…! – Rzucił ostro, po czym tajemniczy głos pomnożył się i zaczął dobiegać zewsząd. Wysokie piski połączone z chlupotaniem wody nie wróżyły niczego dobrego. Odór również wzmocnił swoją siłę, przez co basior o mało nie padł z jego powodu. Udało mu się jednak zachować świadomość, mimo, że to było bardzo trudne. W pewnym momencie zaczął czuć szczypanie, które szybko przerodziło się w kłujący ból. Cofnął się w głąb suchego skrawka ziemi, lecz chwilę potem stracił grunt pod nogami, po czym wylądował w wodzie. Szybko wstał, brodząc w wodzie i nadal cofając się przed tajemniczym wrogiem, który nadał kąsał i ranił coraz bardziej. W oddali usłyszał piskliwy śmiech tajemniczego osobnika.
– Uciekaj, uciekaj ile chcesz! – zawołał. – I tak jesteś już martwy…
Biały wilk dalej się cofał, coraz bardziej zanurzając się w śmierdzącej wodzie, aż nagle wyczuł ścianę. Poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła…
...gdy nagle zobaczył...

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Biegłam wzdłuż granicy ludzkiej osady, oglądając się niemal ciągle za siebie. Miałam na ogonie grupkę ludzi a ich ilość nieco wzrosła wraz z przebytym dystansem. Przebiegałam przez centrum ich wioski, aby nie zgubić pościgu, tak, aby Pandora mogła dostać się do tego szarego, metalowego walca, który był na środku wioski. Nie widziałam jej, tak więc postanowiłam zrobić okrążenie wokół celu naszej akcji.
Deszcz nie odpuszczał, lecz mi to nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie: moja moc rosła z każdą kroplą dotykającą moje ciało. Nie odważyłam się jednak użyć swojej magii. Każdy wilk naszego klanu doskonale zna zasadę, aby nie ujawniać swoich magicznych zdolności w obecności człowieka. Wystarczającym dużym dziwactwem są moje skrzydła, nie mówiąc o… ciele Pandory… Skręciłam ostro w lewo, ledwie utrzymując się w pionie na śliskiej ziemi. Kilka ludzików nie miało tyle szczęścia co ja i skończyli w błocie kilka metrów dalej. Ruszyłam przed siebie, widząc w oddali majaczący się kształt metalowej klapy.
Nagle dostrzegłam białawy kształt leżący na ziemi niedaleko. Gdy się przyjrzałam, rozpoznałam Pandorę, której w nogę wbito jakąś strzałę. Leżała na ziemi i rozglądała się za nadciągającym wrogiem. Miała też przebite jedno skrzydło. Cholera! – pomyślałam, biegnąc w stronę leżącej wilczycy. Musiałam zmienić plan działania, i to szybko!
– Antilia! – zawołała.
Ja natomiast odrobinę zwolniłam, skupiając się na mocy wody, która powoli miażdżyła pręty wbite w ciało wadery. Gdy pękły, chwyciłam ją za kark i wzniosłam się w powietrze.
Nie odleciałam daleko od ludzkiej osady, lecz niemal natychmiast Pandora zaczęła się lekko… rzucać.
– Musimy wrócić po Yareena! – krzyczała. Ja natomiast milczałam, ponieważ miałam w pysku jej kark. Myślałam, że jesteś lżejsza… – skomentowałam za to w myślach. Wylądowałam kawałek dalej, w buszu leśnym, tak aby nikt nie zauważył jej.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytała ostro. – Mus…
– Wracam po niego! – przerwałam jej i wzbiłam się w powietrze. Zanim odleciałam, dodałam: – Jeśli możesz, spróbuj się zregenerować!

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Gdy tylko udało mi się podnieść tą metalową płytę, uderzył we mnie ogromny smród. Usłyszałam jednak bardzo niepokojący hałas i głosy, które zmusiły mnie do pokonania i wejścia do tajemniczej jaskini. W środku panował mrok a jedynym źródłem, i to słabego, światła był otwór przez który wleciałam. Zawisłam w powietrzu kilka metrów nad taflą zielonkawej wody. Zauważyłam, jak pode mną przemyka kilka sporych rozmiarów szczurów. Rozejrzałam się i znalazłam coś, co znacząco różniło od szarego, brudnego otoczenia.
– Yareen! – zawołałam w kierunki białego futra. Wilk spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami, w których zatliła się iskierka. Nagle poczułam ból w ogonie. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, jak szczur wgrywa mi się w futro i mięśnie. Udało mi się go zrzucić, lecz kolejne szykowały się na atak.
– Antilia? – Nie chciał uwierzyć, że to ja.
– Chcesz tu zostać? – zapytałam ostro, unikając skaczącego, przerośniętego gryzonia. Wilk wzniósł się lekko, a po chwili oboje wznieśliśmy się w deszczowe niebo. Skierowałam naszą dwójkę w stronę miejsca, gdzie odstawiłam Pandorę.
Yar? Pandora zniknie czy inny piorun strzeli tą trójkę? xd

niedziela, 7 listopada 2021

Brak komentarzy

Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny onyks"

Pandora.

To była scena jak ze starych, wojennych baśni, które słyszałam od starców. Czarne, zachmurzona niebo, grzmoty i pioruny oraz deszcz. Gdzieś palił się ogień, aby rozjaśnić chodź troszkę ciemność, która spowiła cały ludzki obóz. Pomimo świeżego zapachu deszczu, ostrej woni burzy i cuchnącego smrodu ludzi, nie gubiłam zapachu kuzyna. Utrzymałam się przy nim, niczym tonący brzytwy. Bałam się, że jeśli raz go zgubię, mogę go z powrotem nie znaleźć. Antillia była tuż za mną. Obserwowała dwunogów i przyglądała się ich konstrukcjom. Zawsze mnie ciekawili, pomimo tego, jak potrafili być agresywni i z jaką bezwzględnością zabijali nas i lasy, to jednak coś mnie w nich intrygowało. To nie było chodzenie na dwóch nogach, bo moje skrzydła były ciekawsze. To nie wina ich języka, bo zwierzęta mają również swój. Może to przez to, co potrafili zrobić. Co potrafili trzymać w przednich kończynach i co potrafili dzięki nim zrobić, stworzyć. Jak uderzali o siebie przedmioty, jak się ze sobą łączyli i sprawiały, że drzewo bez korzeni nie upadało na ziemię, a trzymało pion. To było dla mnie jak ‘magia’.
W oddali słyszałam kolejne grzmoty. Ludzie zaczęli biegać po obozie, ochraniając głowy, jakby bali się, że zaraz się stopią. Bali się deszczu? Wątpiłam w to. Przy większym ruchu zatrzymałyśmy się z samicą na poboczu i obserwowaliśmy ludzi. Wszyscy byli do siebie podobni: mieli włosy, każdy z nich miał po dwie pary kończyn i byli podobnie ubrani. Ciekawe jak oni siebie odróżniali? Prawdopodobnie tak łatwo, jak my, wilki. Po krótkiej chwili ludzie się uspokoili, w wiosce panowała jedynie burza: grzmoty, deszcz i wiatr. Wszyscy się schowali, dlatego poczułam się bezpieczniej. Ruszyłyśmy dalej, nie gubiłam zapachu Yareena. Zapach wiódł mnie środkiem miasteczka, starałam się iść poboczem, kryć się między ich domami, kiedy zapach rozdzielił się na środku drogi.
- To tak, jakby zapadł się pod ziemie – wymruczałam, biegnąc na środek. Zapach kumulował się nad jakimś metalowym kółkiem i rozchodził się w różne strony. Okrążałam koło, nie wiedząc, co zrobić. Czy to można było otworzyć? Dlaczego jego zapach się rozniósł?
- Pandora, zobaczą cię – szepnęła Antilia, ale ją zignorowałam. Musiałam go znaleźć, bez niego nie miałam zamiaru wracać do watahy. Rozejrzałam się i zobaczyłam niedaleko duże drzewo. Podbiegłam do niego i dotknęłam do łapą, aby móc zobaczyć jego wspomnienia. Nie słyszałam już samicy.
Drzewo przekazało mi obraz, jak ludzie przynieśli do wioski białego wilka. Był nieprzytomny. Miał sznur na szyi, a jego ciało opletli w siatkę. Wyglądał na martwego. Dwunożni coś mówili, widać było na ich twarzach radość. Po chwili otworzyli metalowe kółko w ziemi. Zdjęli siatkę i sznur z ciała Yareena, po czym wrzucili go do tak zwanej studni (jeśli drzewo dobrze przekazało mi informacje).
- Pandora! – krzyk skrzydlatej wadery wyrwał mnie ze wspomnień drzewa. Odwróciłam się do niej i zobaczyłam ludzi, trzymający broń w rękach.
- Yareen jest w środku tego metalowego kółka w ziemi! – przekazałam jej szybko informacje, nim zaatakowali.


Yareen.

Straciłem poczucie czasu, brodząc w śmierdzącej wodzie, w ciemnościach. Moim jedynym teraz celem było znalezienie suchego miejsca, w którym mógłbym się położyć i odpocząć, ale ciecz się nie kończyła.
- Czemu brodzisz w tej wodzie? – usłyszałem obcy głos. Stanąłem w miejscu i uniosłem uszy, lekko jeżąc sierść.
- Kto tu jest?
- Wilki nie widzą w ciemności? – w głosie nieznajomego usłyszałem śmiech.
- Ja akurat niczego nie widzę – mruknąłem. – Gdzieś jest sucho?
- Zejdź na bok – jak powiedział, tak zrobiłem. Skręciłem w lewo. – Tylko uważaj na… - nim dokończył, uderzyłem łapą o twardą ścianę. - …schodek – dokończył, w dalszym ciągu nie kryjąc rozbawienia, które musiałem zignorować. – Nienawidzę kiedy was tu wrzucają – głos zdawał się być bliżej.
- Kto? – czując, że stałem na czymś twardym i suchym, otrzepałem się z wody i się położyłem. Nie wydawało mi się, abym musiał czuć zagrożenie.
- Ludzie. Wrzucają tutaj wilki, które zdychają z głodu – usłyszawszy to, wyobraziłem siebie leżącego w tej śmierdzącej wodzie i rozkładającego się na części pierwsze. – Chociaż ja tam nie marudzę, odkąd sobie wymyślili taką zabawę, o wiele łatwiej dla nas z pożywieniem – przyznał, co mnie trochę zdziwiło.
- Kim jesteś? Kanibalem? – głos się roześmiał, a jego śmiech odbił się echem po całym pomieszczeniu.
- Jestem szczurem, a ty jesteś w studni bez wyjścia – dalej się śmiał.



<Antilia? Help>

piątek, 1 października 2021

Brak komentarzy

Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"

– Musisz mi pomóc… – powiedziała Pandora ze szczerym strachem w oczach. Po chwili przybrała inną postawę, w której nie było śladu, strachu, lecz rozpierająca odwaga. Rozłożyła swoje smocze skrzydła, sygnalizując gotowość do lotu. Chciała odzyskać swojego kuzyna, nawet jeśli miała go wyszarpać z objęć oprawców. 
– Oczywiście, że Ci pomogę. Najpierw jednak musimy przekazać Twoje informacje Isobel – powiedziałam, rozkładając swoje skrzydła i kierując się do centrum Klanu. 
Podczas lotu moje myśli przybrały mroczny odcień, wyobrażając sobie najczarniejszy scenariusz. Jeśli za tym stoją ludzie... O bogowie, miejcie nas w opiece.
Podróż nie trwała długo, biorąc pod uwagę dobrą, wiosenną aurę. Niestety, widziałam, że zbliżał się deszcz, noszony przez stalowoszare chmury nad zachodnim horyzontem. Zmarszczyłam brwi, martwiąc się, że pogoda pokrzyżuje nam plany. 
Wylądowałyśmy w pobliżu Skały Alf, gdzie mieszkał Akos wraz ze swoją siostrą, która tymczasowo przejęła jego obowiązki. Gdy tylko Pandora dotknęła ziemi, od razu ruszyła w stronę jaskiń dla wilków zajmujących najwyższą pozycję w hierarchii, wołając wilczycę, szukając jej we wnętrzu Skały. Ja stałam na zewnątrz, czekając na moją towarzyszkę, czując się nieco niekomfortowo biegając po miejscu, gdzie tylko wybrani mogą wejść, w przeciwieństwie do rogatej wadery. Słyszałam, jak jej głos odbijał się echem wewnątrz jaskiń. 
– Kto tak krzyczy? – Znajomy, szorstki głos dobiegł zza moich pleców. Obróciłam się i zobaczyłam samicę Bethy wychodzącej zza leśnych zarośli, które otaczały Skałę Alf od strony północnej. Isobel szła dumnym krokiem i wyraźnie dominowała, choć była drobniejsza ode mnie. 
– Mamy nowe informacje na temat tych podpaleń – powiedziałam wprost. 
– My? – Isobel uniosła jedną brew. 
Wtedy wyszła Pandora, a gdy zobaczyła wilczycę, od razu pobiegła i wypaliła: 
– Ludzie porwali Yareena i to oni podpalają nasze lasy! Znalazłam ich ślady niedaleko granicy z ich osadą za wodospadem Fjellkrystal! Nie mogę skontaktować się z Yareenem, który poszedł nazbierać płomienniki ze spalonych lasów i… i… 
Isobel podniosła łapę, aby uciszyć Pandorę. Ta, lekko roztrzęsiona, przestała mówić. 
– Również znalazłam ślady ludzi. Tym razem w jeszcze nie spalonym lesie, lecz czuję, że niedługo się to zmieni… – Zrobiła chwilę ciszy. – Wydaje mi się, że te istoty próbują nas wypłoszyć z naszych terenów, aby je zagarnąć. 
– Dlaczego to robią? – zapytałam zmieszana. Te istoty są bardzo dziwne…
– Nie wiem, ale muszą mieć jakiś powód, by prowokować nas do ataku… 
– Musimy odbić Yareena! – powiedziała głośno, lecz nie krzyknęła, Pandora. 
– Musimy zastanowić się, czy jest jakakolwiek szansa odnalezienia Yareena żywego na terenie ludzi… – powiedziała rzeczowo i nieco oschle Isobel. 
Pandora cofnęła się, kręcąc głową i szepcząc, nie chcąc uwierzyć w śmierć basiora. Ja jednak miałam już plan, bardzo prosty do przewidzenia i pewnie Isobel szybko się domyśli, jakie mam zamiary. 
– Czy ktoś patroluje te okolice? – zapytałam neutralnym tonem. Isobel lekko podniosła brew, myśląc nad odpowiedzią. 
– Szukam chętnych do tego… – odparła równie zrównoważonym głosem co ja. 
– Możemy się zgłosić? Ja i Pandora – spytałam, ciągnąc temat. 
– Co Ty robisz?! Miałyśmy szukać Yareena! – syknęła mi do ucha wilczyca, lecz wysłałam jej sygnał, że wiem, co robię. Betha chwilę się zastanawiała, aż w końcu zgodziła się na moją propozycję. Przekazała nam potrzebne informacje oraz wskazówki i poleciła jak mamy tam się dostać… 
– …kierujcie się w górę rzeki Isfjell, z dala od wodospadu Fjellkrystal, ponieważ widziałam tam mnóstwo ludzkich istot. Kierujcie się lasami i oraz ukrywajcie się w cieniu. Nie latajcie, chyba że zajdzie taka potrzeba – zakończyła Isobel, kierując się powoli w kierunku swojej jaskini. Pandora ruszyła pierwsza, obrażona na mnie, że złamałam daną jej obietnicę. Gdy chciałam do niej podbiec, jednak czekoladowa wadera zagrodziła mi drogę i spojrzała na mnie z góry. Wytrzymałam jej twarde spojrzenie. 
– Wiedz, że jeśli złapią was podczas akcji odbicia Yareena z rąk ludzi, nie przyśle wam nikogo na pomoc. Będziecie zdane wyłącznie na siebie. 
– Niczego więcej nie oczekuję – powiedziałam równie zimnie i twardo jak mi to oznajmiła i ruszyłam za Pandorą, która pewnie myśli jak ocalić swojego kuzyna od niechybnej śmierci z ręki człowieka. 

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅• 

– Teraz rozumiesz? – zapytałam po wyjaśnieniu sytuacji. Nie pominęłam również ostrzeżenia Isobel, które nie obeszło się bez… komentarzy. 
– Nie rozumiem, dlaczego Betha nie wyśle wojowników… – mruknęła, kiedy przekradała się w gęstym, leśnym buszu. Byłyśmy niedaleko ludzkiej osady, lecz miałyśmy okazję spotkać kilka ludzkich istot. Gdy skradałyśmy się obok tych stworzeń, nie mogłam się nadziwić nimi. Oni naprawdę byli dziwni. Nie dość, że chodzili tylko na dwóch nogach, to nosili do tego skóry i futra zwierząt na sobie oraz nosili coś dziwnego w swoich przednich kończynach. Kto ich stworzył? – zastanawiałam się w myślach. 
Wróciłam do rzeczywistości. 
– Ponieważ gdy Akos lub Isobel wyślą wojowników do ludzkich siedzib, rozpoczną wojnę. A te istoty są bardzo niebezpieczne, gdy się je rozgniewa… 
– Mogłaby jednak pokusić się o wysłanie jakiś dwóch wilków w celu odbicia Yareena… – mruknęła Pandora. 
– Hej! Przecież go odbijamy! – odburknęłam. Wskoczyłam na drzewo, ukrywając się w delikatnej koronie drzew. Wiosna już chyliła się ku końcowi, a w oddali nadal majaczyły się ciemne chmury. Na razie szły one bokiem, lecz kapryśna pogoda w każdej chwili zmienić zdanie. I to mnie martwi… Czułam w kościach, że uda nam się uratować basiora, lecz za jakąś cenę. 
Pytanie brzmi: co to będzie…?

Po pewnym czasie udało nam się dostać do pewnej wioski ludzi. Słońce skryło się już za horyzontem, a Księżyc był w nowiu, tak więc szłyśmy niemalże po omacku. Pandora wyczuła zapach Yareena, podobnie jak i ja, w owej pobliskiej osadzie. Przyczaiłyśmy się i czekałyśmy na dobry moment, aby zaatakować. Pandora była pełna obaw, lecz wierzyła, że uda nam się uratować jej kuzyna całego i zdrowego. Miałam nadzieję na takie zakończenie tej akcji, lecz brałam pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze… 
Kiedy natrafiła się okazja, ruszyłyśmy w paszczę lwa. Wtedy w oddali huknął grzmot a pierwsze krople deszczu dotknęły ziemi. 

Niestety, nie wszystko poszło po naszej myśli… 



Yar? Na kogo trafi- An czy Pandorę?

wtorek, 7 września 2021

Brak komentarzy

Od Yareena cd. Antilii „Śnieżny Onyx”

Czułem jakby cienki wąż owinął się wokół mojej szyi i chciał udusić, ale był zbyt słaby i doprowadził jedynie do nieprzytomności. Zaciągnął mnie do miejsca śmierdzącego odpadkami, gdzie smród szczypał w nos, a zawartość żołądka podchodziła do gardła. Powoli wstałem, łapy mi się trzęsły, a kiedy utrzymałem równowagę, zawróciło mi się w głowie. Zacisnąłem szczękę i na moment wstrzymałem oddech. Co się stało?

Spalony las to okropny ubytek i niszczenie przyrody, ale wszystko ma swoje plusy. Gleba robi się nagle żyźniejsza i nim się obejrzysz, spod popioły wyrastają Płomieniki. Fioletowo-żółte kwiatki, skrywające pyłek nie w pylniku, ale w zielonych liściach. Pył był takiego samego koloru co liście, dlatego ciężko było go rozróżnić. Wystarczyła na szczęście wiedza, jak go ściągnąć, a dla kogoś ślepego nie było nawet innej możliwości. W celu jego zdobycia wybrałem się do doliny Fjell. Martwa cisza wokół i popiół pod łapami nie sprawiały mi ani problemu, ani przykrości. Czułem się normalnie, aż zacząłem się zastanawiać, jak by zareagował alfa, gdybym stwierdził, że spalenie lasu ma swoje zalety. 
Długo szukałem Płomienników, łatwiej już było znaleźć Nagrobniki, rosnące na świeżo pogrzebanych zwłokach. Kiedy udało mi się zebrać zadawalającą ilość pyłu, potrzebnego do przeróżnych płynów (pyłek Płomienników nadawał się jednocześnie na katar, na odtrutkę, na biegunkę i wiele więcej), postanowiłem wrócić do Pandory lecąc. Z łatwością wzbiłem się w powietrze, wiatr muskał moje łapy, niosąc mnie na zachód. Wyczuwałem w powietrzu dziwny zapach, ale nie zwróciłem na niego większej uwagi. Kiedy leciałem, rzadko zajmowałem głowę czymś innym. Byłem zachwycony ‘pustką’. W powietrzu nie było drzew (jeśli leciałeś wystarczająco wysoko), krzewów, rzek, zwierząt (prócz ptaków), kamieni, wystających gałęzi czy śnieżnych zasp, dzięki czemu czułem się na swój sposób ‘wolny’ od ślepoty. Nie musiałem się skupiać, czy stawiając łapę w tym miejscu, nie nastąpię na jeża. Wystarczyła mi wiedza, w którą stronę lecieć i jak wysoko. Ptaki same mi zlatywały z drogi, a innych problemów jeszcze nie spotkałem. Aż do dzisiaj.

Coś oplotło się wokół mojej szyi i mocno ściągnęło na ziemię. Nie miałem czasu z tym walczyć, ponieważ od razu zacząłem się dusić. Byłem na wystarczającej wysokości, aby nie wpadać w korony najwyższych drzew, przez co po spotkaniu się z twardą powierzchnią, natychmiast straciłem przytomność.

Kląłem pod nosem, brodząc w śmierdzącej wodzie i co jakiś czas potykając się o jakieś przedmioty. Niczego nie widziałem i tym razem naprawdę czułem się jak prawdziwy ślepiec. Nie wyczuwałem ani jednego, słabego podmuchu wiatru. Musiałem być gdzieś zamknięty, a jedyna wskazówka, mówiąca gdzie, to był unoszący się dookoła smród. Nie mogłem nawet skontaktować się z Pandorą. Pierwszy raz od dawna zacząłem się naprawdę bać.


W tym czasie...


- No po prostu zniknął! – Pandora zaczęła panikować. – Wczoraj rano poszedł mi nazbierać Płomienników, które rosną tylko w popiele. Zaczęłam go szukać po południu, bo miał wrócić przed zenitem. Szukałam i szukałam i nigdzie go nie było. Szukałam więc go w nocy myśląc, że po prostu się zgubił, ewentualnie wpadł do jakiejś dziury. Ale zamiast tego przed wschodem słońca znalazłam jego torbę i… i… - zacięła się. Wszystko powiedziała na jednym wdechu, przez co zabrakło jej tchu. 
- I co? – Antilia ją pospieszyła. Ta wzięła kilka szybkich wdechów, czując suchość w gardle.
- I ślady ludzi! A Yareena nigdzie nie ma! – dokończyła prawie płacząc. – Musisz mi pomóc! – spojrzała na nią, rozkładając skrzydła. Była gotów lecieć po niego i rozszarpać każdego na drodze. Momentalnie ze smutnej i płaczliwej waderki pojawiła się zdenerwowana i agresywna matka. 



<Antilia? Wybacz, że długo czekałaś>

niedziela, 1 sierpnia 2021

Brak komentarzy

Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"

– Dałabyś radę tym się zająć? – zapytał poważnie Akos. – Za dwa dni muszę udać się w podróż na zachód, jedna z sojuszniczych watah poprosiła o moje przybycie…
– Oczywiście – powiedziałam, ukradkiem patrząc na dwójkę chichrających się wilków. Czułam, jak palą mnie uszy i policzki z upokorzenia. Jednak z drugiej strony sama sobie na to zasłużyłam… Zrobiłam z siebie idiotkę, sama jestem sobie winna…
Lecz miałam wrażenie, że nie zrobili tego żartu z czystej złośliwości, ale bardziej mnie testowali… Mimo to czułam ukłucie upokorzenia, tak czy siak.
– Jak długo cię nie będzie? – zapytałam Alfę.
– Kilka dni, ale być może podróż lub sam pobyt może się przedłużyć… W tym czasie moja siostra, Isobel, będzie sprawowała władzę w naszym klanie.
Jak na zawołanie nad nami przeleciała bezskrzydła brązowa wadera, przyozdobiona złotymi błyskotkami oraz białą sierścią na całej głowie, która kontrastowała z ciemnym, czekoladowym ubarwieniem ciała. Była przeciwieństwem swojego starszego brata, dosłownie jak i w przenośni. Isobel, wilczyca beta, władała żywiołem dnia, dzięki czemu mogła lewitować w świetle promieni słonecznych, zupełnie jak Akos, tyle że nocą.
Przywitałam się z dużą dozą szacunku z wilczycą. Beta skinęła głową na znak przyjęcia powitania. Zawsze okazuję należyty szacunek alfom oraz innym wilkom będącym u władzy, lecz w przypadku Isobel warto nieco… przesadzić. Wiele wilków mówi o niej oschle, twierdząc, że jest zimna jak Daleka Północ; że jest nieczuła i pozbawiona emocji. Moje zdanie? Jest zdystansowana oraz neutralna wobec innych. Kilka razy pomogłam jej a ona odwdzięczyła się w stosowny sposób i momencie. Wydaje mi się, że tylko z pozoru jest zimna i twarda niczym diament, który uwielbia. Widać w jej oczach troskę o swojego brata – jedyną rodzinę, jaką posiada.
– Podpalony został również las przy wodospadzie… Na szczęście udało mi się zapanować nad ogniem, nim ten się rozprzestrzenił się dalej – powiedziała rzeczowo.
– Dobrze… – mruknął Akos, myśląc. – Antilia zgodziła się pomóc odnaleźć sprawców podpaleń.
Isobel spojrzała na mnie a potem na towarzyszącą mi parę zielarzy.
– A oni? – zapytała. – Też pomogą?
– To nie nasza sprawa… – powiedział Yareen. Pandora przytaknęła.
– Jak uważacie – powiedziała oschle i z nutą złośliwości. – Bracie, powinieneś już wyruszać, jeśli chcesz zdążyć na czas – zwróciła się do Akosa. Ten kiwnął głową i wyruszył w swoją wędrówkę.
– Leć za mną, opowiesz mi co znalazłaś w trakcie lotu. – Wadera podskoczyła i używając swojej magii, wzniosła się na dość dużą wysokość. Spojrzałam na Yareena oraz Pandorę, nie czując do nich złości czy żalu o ten żart.
– Do zobaczenia. – Rozłożyłam skrzydła i szybko odleciałam, chcąc nadążyć za Betą.

 •❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Minęło kilka dni, podczas których wybuchły kolejne trzy pożary. Od tamtej pory nie miałam okazji spotkać się z parą zielarzy – miałam mnóstwo pracy, prowadząc dochodzenie we współpracy z Isobel i leczeniem kilku poparzonych wilków. Miałam wystarczająco dużo ziół na odpowiednie medykamenty i maści lecznicze. Mieliśmy coraz więcej wskazówek, lecz nadal nie wskazywały na nikogo konkretnego. Akos nadal nie wrócił, przekazując swojej siostrze wiadomość, że jego pobyt w sąsiedniej watasze przedłuży się. Isobel miała kilka teorii, którą jedną z nich popierałam – jakiś wilk był podpalaczem. Nie wiemy kim on jest i czy jest zwykłym szczeniakiem, który nie opanował swojego żywiołu czy też wysłanym szpiegiem stosujący dywersję. Jednak trzeba było szybko odnaleźć sprawcę, biorąc pod uwagę, że nawiedziły nas suche początki wiosny…
Akurat wtedy uporządkowałam swoje manatki, robiąc coroczne wiosenne porządki. Ostatnio znalazłam bardzo ciekawe bibeloty niedaleko ludzkich siedlisk. Liczebność zwierzyny ostatnio zmniejszyła się, więc trzeba było zaryzykować wejście na ludzkie siedliska. Isobel, bardzo niechętnie, przyznała mi zgodę na upolowanie krowy i kilka kurczaków. Przyniosłam część łupu na tereny watahy, oczywiście uważając, czy nie jestem śledzona przez te dziwne dwunożne istoty. Wtedy znalazłam te świecące koraliki czy to jest. Chciałam to ofiarować swojej patronce, tak po prostu, bez żadnej intencji. Czasami lepiej raz na jakiś czas podarować coś bezinteresownie, niż przybiegać tylko dotyka nas coś strasznego i jedynie bogowie mogą to zmienić…
Wtedy usłyszałam jakiś łoskot na zewnątrz. Równie mocno zaciekawiona co nieco zaniepokojona wyszłam na zewnątrz. Rozejrzałam się dookoła, szukając potencjalnego źródła hałasu.
I znalazłam kilkanaście metrów nad ziemią.
Pandora zahaczyła jednym ze swoich rogów o rozległą i grubą gałąź, która nie pękła pod wpływem jej ciężaru. Podleciałam do niej, zastanawiając się co tu robi.
Przecież nie prosiłam o żadne zioła – zastanawiałam się.
– Co ty tutaj robisz? – zapytałam, oglądając gałąź. Chwyciłam zębami za róg wilczycy, po czym mocno szarpnęłam, uwalniając waderę. Ta cicho jęknęła, lecz po chwili była w stanie latać. Wylądowała niedaleko drzewa, o które zahaczyła a ja blisko niej.
– Yareen zniknął! Nie mogę nigdzie go znaleźć! Był w tym spalonym lesie w dolinie Fjell…! – mówiła tak szybko i gorączkowo, że ledwie rozumiałam…
– Powoli! – zawołałam, przez co spłoszyłam kilka ptaków siedzących w pobliskich koronach drzew. – Jak to Yareen zniknął?

 
Yar? An nie ma Ci za złe tego żartu acz będzie o nim pamiętała ;p

środa, 21 lipca 2021

Brak komentarzy

Od Yareen'a Cd Antilii ,,Śniezny Onyx''

Robienie sobie żartów z innych wilków nie leży w jego naturze, ale Pandora zawsze twierdziła, że w ten sposób można sprawdzić innych. Zobaczyć ich zachowanie, ich nastawienie i minimalnie ich poznać – ale tak naprawdę chodziło o pośmianie się z innych, nie ukrywajmy. Samica była pełna energii, zawsze było jej wszędzie pełno i wciskała każdemu swoje pięć groszy, to by było dziwne, gdyby nie lubiła żartować z innych. A teraz miała na to idealną okazje, wystarczyło spojrzeć na kuzyna i rzucić „Można dołączyć do waszego klanu?”. Z własnej woli czy też nie, tyle wystarczyło, aby on sam włączył się do zabawy. Nie mógł już się wycofać i zepsuć zabawy siostrze (nigdy nie użył słowa „ciocia” w stosunku do Pandory), jedyne co mógł, to kontynuować tę cała szopkę.

Gdyby komuś bardziej się chciało przypatrzeć tej dwójce, może by zauważył ten ułamek sekundy, podczas którego przez pyski Yareena i Pandory przeszło niezadowolenie. „Będziecie chyba musieli opuścić nasze tereny. Nie jesteście wrogo nastawieni, jednak jesteście nadal obcymi.”. Obcymi zawsze będą, nawet, jeśli Pandora będzie twierdzić, że kiedyś staną się rodziną, dla niego oni wszyscy zawsze będą obcy, a on im – a mimo tego słowo wypowiedziane przez nowo poznaną jakoś dziwnie go uderzyło. Oboje zresztą poczuli de ja vu.

Ruszyli na północ, w kierunku jaskini Alfy, aby „nowe” wilki mogły dołączyć. Szli rozmawiając, głównie Pandora z Antilią. Yareen szedł nieco z tyłu i tylko je śledził, przysłuchując się jej rozmowom, które znał na pamięć. Jego opiekunka za każdym razem opowiadała albo o przedziwnych roślinach, albo miejscach, które spotkała w swoim krótkim życiu. W niektórych historiach pojawiał się biały basior, ponieważ gdy się nim zajęła, nie zrezygnowała z marzeń o podróżowaniu i poznawaniu świata. Szkoda, że on sam nie mógł opisać tego, co można było zobaczyć.

- Czym obdarujecie Alfę? – zapytała skrzydlata wilczyca, kiedy Pandora na moment zamilkła i przyglądała się orłowi na niebie. Przez moment panowała cisza. Kiedy rogata samica zdała sobie sprawę, że zadano jej pytanie, przystanęła na moment i się rozejrzała.

- To – podeszła do niebieskiego kwiatu i go zerwała. Radośnie potruchtała do swoich towarzyszy. Biały samiec patrzył w dal niewidzącym wzrokiem, ignorując jej zachowanie, a Antilia posłała jej zdziwione spojrzenie.

- Kwiat?

- Nie taki zwykły – wysepleniła. – Trzymaj to Yareen – podała mu do pyska roślinę. – To przegorzan kulisty. Przy odpowiednim spreparowaniu, gdy wilk całkowicie opadnie z sił i nie może używać swych mocy, przegorzan odnawia energię. Jeśli chcesz, mogę ci zrobić – nie kłamała. Już kilka razy przygotowywała napój z niebieskiej rośliny bratu. Smakował kiepsko, ale energię odzyskiwał w zaskakującym tempie.

Po dotarciu do jaskini alfy, Antilia sama weszła do środka, a po dłuższej chwili, prawdopodobnie po opowiedzeniu co się stało w lesie, Alfa wyszedł do czekającej dwójki.

- To oni. Chcieli by dołączyć – przez moment panowała cisza. Akos spoglądał na uśmiechającą się Pandorą, na Yareena, który patrzył w ziemie oraz na Antilie, która po chwili się dowiedziała, że jednak należeliśmy do klanu. Zamrugała kilka razy.

- Nie rozumiem…

- Zażartowali z ciebie – wyjaśnił Alfa. - Dołączyli niedługo po tobie – spojrzał na dwójkę wilków. – Mało śmieszny żart – skomentował.

- Nie chodzi o żart, ale o reakcje – odparła rogata wilczyca. Alfa wzruszył ramionami zamykając temat.

- A co do spłoniętego lasu… - odwrócił się do Antilii.

 

<Antilia? Co robimy z lasem?>

poniedziałek, 12 lipca 2021

Brak komentarzy

Od Antilii cd. Yareen "Śnieżny onyx".

Śniły mi się wilki, a raczej… rodzina wilków. Piękny, ciemny samiec o szmaragodwej sierści i lodowych oczach, w których nie było zimna i złowrogości lecz przyjemne ciepło milości. Obok niego była wadera – miała delikatne rysy twarzy oraz ciepłe odcienie sierści a jej pióra miały miodowy kolor. Bursztynowe oczy patrzyły wprost na mnie lub na niewielkiego szczeniaka, który biegał tam i z powrotem. Miał białą sierść, lecz przez jego grzbiet przebiegała jasna pręga. Niewielkie skrzydełka próbowały unieść resztę ciała, lecz nadal nie wzbił się wyżej niż na kilkanaście centymetrów od ziemi.
– Antilia, wstawaj! Miałaś uczyć mnie latać! Obiecałaś!
– Skarbie, obudź się – powiedziała wadera. – Pora ruszać w drogę.
– Jaką drogę? – zapytałam wysokim, szczenięcym głosem, który mnie zaskoczył. 
– W drogę powrotną… 



Wzięłam głęboki wdech, szeroko otwierając oczy. Zakaszlałam a ktoś dotknął mojego barku. Obróciłam się i zobaczyłam waderę o wesołych, miłych oczach oraz porożach jelenii na jej głowie. Zamrugałam kilka razy, myśląc, że mam zwidy. 
– Obudziłaś się! – powiedziała uradowana. – Yareen, obudziła się! – zawołała zza swojego ramienia.
– Csoo się stałoo? – zapytałam lekko zdezorientowana. Spróbowałam wstać, lecz nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zamknęłam oczy, starając się przypomnieć jak się znalazłam w jaskini z rogatą waderą. 
– Nie wstawaj jeszcze. Jesteś bardzo osłabiona… – powiedziała, po czym podała mi pewne zioło, prosząc abym je zjadła. Z początku chciałam odmówić, myśląc, że podaje mi jakieś trujące ziele, lecz jej oczy nie zdradzały wrogości ani chęci mordu. Liście były paskudne w smaku, ale udało mi się je przełknąć. Nagle dostrzegłam znajomą postać.
– Yareen? – zapytałam, nadal będąc lekko oszołomiona.
– Tak, jestem. – Podszedł do mnie i usiadł naprzeciwko mnie. – Jak się czujesz?
– Jakby staranowało mnie stado grubych jeleni… - mruknęłam, po raz ponownie próbując wstać. Wadera obok znowu chciała mnie powstrzymać, lecz tym razem nic nie powiedziała. Udało mi się usiąść, choć kosztowało mnie to wiele wysiłku. – Powie mi ktoś co się stało?
Śnieżnobiały wilk pokrótce opisał mi wydarzenia sprzed kilkunastu godzin. Powoli nastał zmierzch, lecz promienie słońca jeszcze oświetlały naszą krainę. W miarę słuchania opowieści odzyskiwałam pamięc z tamtych zdarzeń. 
– Ktoś podpalił las, jestem tego pewna… – powiedziałam, gdy wilk skończyć opowiadać. 
– Kto to mógł zrobić? – zapytała Pandora, którą Yareen przedstawił mi w trakcie wyjaśniania sytuacji. Była jego kuzynką i również była zielarką, jak on. 
– Nie mam pojęcia ale podpalenie lasu Lysskog to nie byle przewinienie – mieszka tam i rośnie wiele magicznych gatunków, które występują wyłącznie tam – wyznałam. Będę musiała poinformować Akosa o tym pożarze – pomysłałam. Być może był to zwykły wypadek ale może to być również atak ze strony wroga… 
Yareen patrzył gdzieś w dal swoimi zamglonymi oczami, gdy nagle się odezwał.
– To nie nasza sprawa. 
– Ale sprawa mojego Klanu, do którego należę – odparowałam, tym razem stając na czterech łapach. Nogi mi się trzęsły a w brzuchu głucho zaburczało. O bogowie, ile ja mocy zużyłam? – mruknęłam w myślach. Będę musiała poprosić Egira o zesłanie odpowiedniego błogosławieństwa, bo w tym stanie daleko nie zajdę. Lecz powoli, krok za krokiem, szłam w wyznaczonym przez siebie kierunku.
– Gdzie idziesz? – zapytała Pandora, lekko zaniepokojona.
– Zawiadomić Alfę – powiedziałam, zatrzymując się. – Będziecie chyba musieli opuścić nasze tereny. Nie jesteście wrogo nastawieni, jednak jesteście nadal obcymi – dodałam.
Już chciałam zejść w dół, kierując się na zachód, kiedy usłyszałam swoje imię. 
– Można dołączyć do waszego klanu? – zapytała Pandora.
– Oczywiście, o ile nasz przywódca przyjmie Wasz dar.
– Dar? – zapytał Yareen.
– Tak. Należy go przekazać, jeśli Alfa ma was przyjąć. Może to być cokolwiek, lecz najlepiej, aby było to coś wyjątkowego lub coś, co ma dużą wartość na przykład sentymentalną, lub moc.
Dwa wilki spojrzały po sobie – wyglądało tak, jakby porozumiewali się bez słów. 
– Chyba wiem co możemy przekazać Alfie… Ruszajmy – powiedział Yareen i podszedł do mnie. Razem ruszyliśmy w drogę, jednak kierując się bardziej na północ niż na wschód.


Yareen? Jaki prezent wymyślisz?

niedziela, 27 czerwca 2021

Brak komentarzy

Od Yareena Cd. Antilli ,,Śnieżny Onyks’'

Gdy usłyszałem znajomy głos, nie będę ukrywał, poczułem ulgę. Wiedziałem, że nie ważne co się stanie, chyba przeżyje. Przynajmniej dzisiaj.

- Już myślałam, że mi tu spłoniesz. Wiesz co ja bym ci zrobiła, jakbyś mi umarł?! – przytuliła się do mnie i zaczęła sprawdzać, czy nie miałem żadnej rany.

- W odwecie bym cię nawiedzał – szturchnąłem ją ogonem, lekko od siebie odsuwając, ale zaraz znowu do mnie przyległa.

- Pamiętaj, jak pierwszy umrzesz, masz do mnie przychodzić i czekać na mnie – dopiero teraz zwróciła uwagę na drugiego wilka, znajdującego się tutaj. – Ktoś ty? – zapytała spokojnie, podchodząc do niej.

- Antilla, pomogła mi – wyjaśniłem, mając nadzieje, że patrzę w ich stronę.

- Tak? – Pandora poruszyła uszami. – Dziękuje ci kochana! – powiedziała radośnie i mocno przytuliła samice, prawdopodobnie na moment uniemożliwiając jej oddychanie.

- Nie ma… za co – powiedziała z lekkim trudem, mając ściśniętą klatkę piersiową.

- Chyba bym umarła, jakby się okazało, że spłonął – zachlipała, po czym ją puściła i wróciła do mnie. – Miałeś szczęście. Wracajmy. Masz może werbenę? – wzruszyłem ramionami.

- Nie wiem czy nie wypadła – wadera wzruszyła ramionami.

- Nie ważne. Znajdziemy po drodze. Chodźmy – kiedy już mieliśmy iść, usłyszałem ciche uderzenie, jakby coś upadło na ziemie. Zatrzymałem się i zapytałem Pandory, co to było.

- Twoja koleżanka zemdlała. Jak pozbyliście się ognia? – opowiedziałem jej o współpracy i ugaszeniu płomieni. – Musiała sporo energii zużyć. Pomożesz mi ją zanieść do jaskini? – pokiwałem łbem i podszedłem do leżącej samicy. Pandora pomogła mi wciągnąć ją na plecy. – Tylko skrzydeł jej nie podepcz.

- Nie zauważy jak coś – samica udała, że tego nie usłyszała, po czym skierowaliśmy się w stronę jaskini. Dotarliśmy do niej, nim słońce całkowicie ukryło się za horyzontem. Położyłem Antille na środku pomieszczenia i oddałem w łapy Pandory. Sam zaś wyszedłem na zewnątrz i usiadłem przed jaskinią, wciągając do płuc powietrze. W dalszym ciągu wyczuwałem spalone drzewa i trawę, ta woń unosiła się w powietrzu i prawdopodobnie zniknie dopiero, kiedy przyjdzie deszcz. Co mogło wywołać pożar? Tym bardziej, kiedy jeszcze śnieg do końca nie stopniał? Ktoś musiał go podpalić, przypadkiem lub specjalnie. „To nie moja sprawa”, pomyślałem i się położyłem.


<Antilla? Wracam już>

czwartek, 10 czerwca 2021

Brak komentarzy

Od Antilli Cd. Yareena ,,Śnieżny Onyx''

Biegłam wraz ze zwierzętami, starając się dowiedzieć gdzie jest źródło ognia. Magiczny las Lyskkog płonął, a to nie wróżyło nic dobrego. Biegłam za Fyodem, chcąc wydostać się z zagrożonego buszu. Minęłam parę jeżyków biegnących na swoich krótkich łapkach, chcąc uniknąć płomieni. Ogień zaczął ogarniać coraz większe tereny i zbliżać się do nas. Zaniepokoiłam się i to bardzo. Las Lyskkog jest unikalnym miejscem i jedynym w swoim habitem dla wielu niezwykłych stworzeń oraz magicznych roślin, które można było spotkać jedynie w tutaj. Przeskoczyłam nad dużym krzewem, który jeszcze nie stanął w płomieniach. ”Jeszcze...” – pomyślałam gorzko. Czułam, jak rosła we mnie obawa o tutejszych mieszkańców. Mieszkałam tu od niedawna, lecz już czułam się tutaj jak w domu – znałam już większość terenów a wilki oraz inni mieszkańcy terenów naszej watahy odnosili się do mnie życzliwie. Po prostu było mi szkoda tych wszystkich stworzeń uciekających w popłochu, ratując siebie oraz swoją rodzinę, tracąc bezpieczne schronienie.

Nagle coś mnie tchnęło.

Obróciłam się i rozejrzałam za białym futrem nowo poznanego basiora, Yareena.

Zamiast tego zobaczyłam gęsty dym w oddali i pomarańczową aurę oblewającą korony pobliskich drzew.

– Nie… – szepnęłam. I ruszyłam wprost w kierunku serca pożaru lasu Lyskkog.

Pierwsze metry przebyłam pieszo, lecz czułam, jak ciepło mnie obezwładnia. Wtedy skorzystałam ze swoich skrzydeł – rozłożyłam je i szybko wzniosłam się ku niebu, uciekając od niszczycielskiego ognia. Jako wilk wody nie miałam ochoty na bliskie spotkanie z przeciwnym żywiołem, który właśnie szalał po zaczarowanej puszczy. Byłam po stronie żywiołu, który dosłownie paruje w obecności swojego przeciwnika. Ciepłe powietrze unoszące się znad kniei pozwalało mi na lot szybowniczy, lecz gryzący dym utrudniał oddychanie. Zaniosłam się kaszlem, po czym zakryłam pysk łapami, łudząc się, że to da jakiś efekt. Dało, ale niewielki.

Oczy coraz bardziej szczypały i łzawiły, ale nadal rozglądałam się za niewidomym wilkiem. Martwiłam się o niego, zwłaszcza że pożar coraz szybciej się rozprzestrzeniał. Kątem oka zobaczyłam garstkę, prawdopodobnie, ostatnich mieszkańców lasu. Była to para szlachetnych jednorożców. Ich śnieżnobiała sierść lśniła złotym i bursztynowym blaskiem a ich lśniące kopyta rozchlapywały błoto na boki, brudząc ich nieskazitelny wygląd. Lecz nie one mnie interesowały, tylko inne stworzenie o białej sierści.
Nagle go dostrzegłam, jak siłował się z gałęzią zaczepioną o jego torbę pełną leczniczych ziół.
Zniżyłam lot, kiedy gałąź przegrała pojedynek z basiorem, oddając mu jego pakunek. Kiedy tylko dotknęłam ziemi, wilk wpadł na mnie, po czym oboje zrobiliśmy fikołka i uderzyliśmy w gruby pień dębu. Wstałam powoli, kręcąc głową, chcąc się pozbyć mroczków sprzed oczu.

– To ty? – zapytał niepewny, wstając powoli. Mimo że jego oczy nie widziały, widać było w nich strach. Nie byłam zdziwiona, ponieważ ogień zatoczył wokół nas niebezpieczny pierścień. Ja mogłam spokojnie odlecieć, ale Yareen nie miał takiej możliwości. A przynajmniej tak myślałam, ponieważ mógł on opanować pewną zdolność unoszenia go nad ziemią, skoro jego żywiołem jest powietrze...
”Nie zostawię go po raz drugi” – obiecałam sobie.

– Tak, to ja – Antilia.

Podszedł do mnie bliżej, zupełnie jakby czuł zbliżające się jęzory ognia. Robiło się coraz cieplej a dym coraz mnie dusił. Mój towarzysz również zakaszlał. ”Niedobrze…” – pomyślałam, gorączkowo myśląc co zrobić.
Nagle do głowy wpadł mi pomysł. Niebezpieczny i być może się nie uda. Ale muszę spróbować…

– Mam pewien plan. I będziesz musiał mi pomóc… – zaczęłam niepewnie, lecz kiedy zobaczyłam, jak szybko płomienie pożerają wiekowe dęby i drobne, leśne poszycie. Zadrżałam, lecz nie z zimna. Gdybym chciała, dodałabym, że ciepła mam teraz pod dostatkiem, ale nie miałam ochoty na czarny humor.

– Co mam zrobić? – zapytał śnieżnobiały wilk. Pokrótce opowiedziałam mu swój pomysł. W odpowiedzi powiedział, że ma szansę to się udać. ”Szansa to słowo klucz... ” – pomyślałam, gorzko. Lecz przystąpiłam do wykonania swojego planu.

Zamknęłam oczy i oczami wyobraźni przywołałam obraz pobliskich jezior, strumyków i rzek. Wyobraziłam sobie, jak życiodajna ciecz, miejscami nadal przykryta warstwą lodu, zaczyna lewitować, tworząc dużą bańkę wody. Bańka ta zaczęła przemierzać okolicę, lecąc pchana siłą wiatru w wyznaczonym przeze mnie oraz Yareena kierunku. Mocniej zacisnęłam powieki i wbiłam pazury w ziemię, czując jak ogień coraz szybciej się zbliża a moje siły magiczne – maleją z każdym uderzeniem mojego serca. Jednak nadal nakazywałam magii przepływać przez moje ciało. Wiedziałam, że mocno przepłacę za to, ale wolałam ból głowy, który przytłumię odpowiednimi ziołami od ciężko gojących się oparzeń… Czułam, jak woda zbliża się coraz bardziej. Spłaszczyłam wodę, chcąc, aby okryła las niczym ciepły, puchaty koc.

I okryłam las wodnym kocem, który skutecznie stłumił trawiący las Lyskkog pożar,

Kiedy płomienie syczały, ginąc, ja upadłam na jedno kolano, ciężko oddychając. Skutki tego zaklęcia już zaczęły się pojawiać. Zacisnęłam zęby, starając się wygrać z silnym bólem głowy.

– Udało się… – powiedział cicho biały wilk.

– Tak – powiedziałam. Niespodziewanie mój nos wyczuł obcą woń. Pachniała ona ogniem i spalenizną ale nie pasowała do otoczenia lasu – woni palonego drewna ani mokrych liści. Tylko coś innego, obcego. Olśniło mnie. Kiedy chciałam powiedzieć Yareenowi, że las najprawdopodobniej został podpalony, za zgliszczy wyłoniła się nieznana mi wilczyca.
– Yareen?! Nic Ci nie jest?

<Yar? Bawimy się w detektywów? xd>

wtorek, 1 czerwca 2021

Brak komentarzy

Od Yareena cd. Antilli „Śnieżny Onyx”

Duch Lasu był dla mnie prawie niewidzialny, mimo, że znajdował się w powietrzu, wiatr go przenikał i ja jedynie co mogłem poczuć, to jakąś minimalną różnicę w przepływie powietrza. Tak naprawdę zostało mi tylko wierzyć nowopoznanej, że to coś nas nie skrzywdzi. Nigdy nie miałem do czynienia z duchami, a nawet jeśli, nie miałem o tym pojęcia. Pandora też raczej nie, ponieważ w jej zwyczaju leży to, że gdy tylko widzi coś ciekawego, coś niesamowitego, coś niezwykłego, natychmiast daje mi o tym znać i barwnie to opisuje. Czasami mam wrażenie, że dzięki niej wiem, jak wyglądają kolory.

Usłyszałem dziwny dźwięk i cały las się nagle poruszył. Zwierzęta zaczęły uciekać w jednym kierunku, wiatr krążył między drzewami, poruszamy przez skrzydła ptaków. Przestałem rozróżniać gatunki, wszystkie istoty się ze sobą wymieszały i utworzyły jeden wielki tłum, kierujący się w jednym kierunku. Po chwili zgubiłem także swoją towarzyszkę, nie wiedziałem czy przestałem ją rozróżniać w tłumie, czy uciekła razem z nim. Ja stałem w miejscu, gdyż nie wiedziałem, co się dzieje. Powinienem uciekać, ale nie wiedziałem gdzie. Przez przemieszczanie się tylu istot, straciłem orientacje. Odsunąłem się do tyłu, aby nikt mnie nie staranował i starałem się „zobaczyć” co wywołało panikę. Przylgnąłem do ziemi, aby bardziej się skupić. Powietrze wędrowało między drzewami, gałęziami i liśćmi, omijało zwierzęta i w końcu poczułem uderzenie ciepła oraz charakterystyczny, żywiczny zapach. Im byłem bliżej źródła, czułem, jak całe moje ciało się ogrzewa. Było to złudne uczucie, równie dobrze mógłbym w rzeczywistości zamarzać. Kiedy powietrze dotknęło ognia, szybko się wycofałem, czując poparzenie. Podniosłem się i zauważyłem, że wszystkie zwierzęta już uciekły. Na nowo widziałem rośliny. Miałem zamiar się ewakuować, jednak poczułem ostry ruch przed sobą. Coś chaotycznie się poruszało i wierciło. Podszedłem do źródła ruchu i wyczułem jakieś małe zwierzę, które zaklinowało się pod wystającym korzeniem. Po zapachu stwierdziłem, że to młody borsuk.

Ogień się zbliżał. Czułem jego zbliżające się ciepło i ostry, duszący zapach, drapiący w gardło. Nie czekając dłużej, stanąłem tyłem do zwierzaka i wymierzyłem mu kopniaka tylną łapą. Dzięki temu wypchnąłem go ze szczeliny. Kontynuował ucieczkę, a ja ruszyłem za nim. Nie miałem pojęcia gdzie biegł, wystarczył mi fakt, że miałem za kim podążać, a przecież każdy z nich uciekał w bezpieczne miejsce.

Coś mną szarpnęło i się zatrzymałem. Torba zahaczyła o jakąś gałąź i wywaliła mnie na ziemie. Machnąłem parę razy łbem, aby odzyskać świadomość. Chwyciłem torbę w pysk i zacząłem ją zdejmować, przynajmniej próbowałem. Nie potrafiłem określić, jak ona się zahaczyła, z której strony, dlatego szarpałem nią na wszystkie strony. W końcu gałąź się połamała, a ja zgubiłem swojego borsuka, którego śledziłem.

- Świetnie, żebym jeszcze w ogień nie wbiegł – mruknąłem sam do siebie i zacząłem biec w jakimś kierunku. Wiedziałem jedynie, że to kierunek przeciwny od kierunku ognia. Jeśli miałbym teraz umrzeć, na pewno nie przez niego.

~ Chyba się zgubiłem w płonącym lesie Langvarig ~ wysłałem wiadomość do Pandory z nadzieją, że jest w jaskini. Miała dzisiaj robić jakieś leki, więc powinna tam być.

Nagle w kogoś uderzyłem.

<Antilla? Zostawiłaś go xd>

niedziela, 18 kwietnia 2021

Brak komentarzy

Od Antilli cd Yaarena "Śnieżny Onyks"



– Nie wiem czy jeszcze jakieś rośnie o tej porze… – przyznałam szczerze, instynktownie czując jak zbliża się wiosna. Nadal jednak leżały gdzieniegdzie hałdy śniegu, powoli rozpływającego się w ciepłych promieniach słońca. Do owej wiosny brakuje jeszcze trochę czasu.

– No tak, przecież jest jeszcze zima… – przyznał, subtelnie śmiejąc się. Przekrzywiłam głowę, przyglądając się nieznajomemu wilkowi, który przedstawił się imieniem Yareen. Z pozoru niby zwykły basior o białym futrze oraz dużej posturze. Jednak coś mi nie dawało spokoju… Podeszłam powoli w jego stronę, ostrożnie stawiając kroki w mokrym, skrzypiącym puchu. Skierował swój łeb w moim kierunku ale wydawało się, że kieruje się słuchem a nie wzrokiem. Skupiłam się na jego oczach.

Oczy wilka wydawały się nieobecne i patrzyły gdzieś w dal, jakby widziały jakiś cudowny krajobraz. Poza tym ich kolor również mnie intrygowały – tęczówki oraz źrenice były błękitne niczym północne, bezchmurne niebo. W tej chwili pomyślałam, że jest on być może ślepy, co potwierdzały moje obserwacje. Nie ośmieliłam się jednak zapytać go o to na głos, ponieważ wydawało mi się to nie na miejscu.

– Niemniej jednak może w głębi lasu Lysskog będzie to zioło… – powiedziałam, odwracając się tyłem do wilka, po czym ruszyłam w głąb zaczarowanego lasu. Obejrzałam się za siebie, aby sprawdzić, czy basior podąża moim tropem. Szedł powoli, trzymając pewien dystans. Podobało mi się to, ponieważ nie wchodził w moją przestrzeń prywatną oraz, w razie potrzeby – skraca czas mojej reakcji na ewentualny atak ze strony Yareena. Nie wydawał się być wrogo nastawiony ale wolałam dmuchać na zimne. Mógł być uśpionym szpiegiem lub zabójcą… Czasami sama siebie uważałam za paranoiczkę ale tym razem mogłam mieć rację. Nawet jeśli udaje ślepego, to doskonale się maskuje oraz jest bardzo wiarygodny. Ostrożnie zerkałam na niego kątem oka, uważnie obserwując jego mowę ciała. Szedł za mną lecz jego nadal były takie… nieobecne. Kręcił głową, jakby widział wszystko dookoła ale jednak nie do końca…

"Zaczynam wariować…" – pomyślałam smętnie, schylając głowę przed zwalonym pniem dębu. Natura podległa bogini Innhild rządziła się własnymi prawami, które należy traktować z należytym szacunkiem dla Najwyższej Łowczyni oraz opiekunki flory i fauny. Niezależnie jednak czy inni czy ja sama uważam się za wariatkę, nadal będę chciała zachować czujność, niezależnie jak bardzo ekstrawagancko przy tym wyglądam. Szliśmy powoli wzdłuż dosyć dużego strumyka, szukając jaskółczego ziela. Nagle usłyszałam znajomy dźwięk – połączenie klekotania bociana z wysokim głosikiem słowika.

– Co to było? – zapytał Yareen. Chwilowo zapomniałam, że miałam towarzystwo ze sobą.

Przed nami pojawił się Fyod – jeden z Ånd zwanymi też duchami lasu. Jakiś czas temu spotkałam go w małych kłopotach. Pomogłam mu a Fyod w podziękowaniu podarował mi rzadkie ziele, którego właśnie potrzebowałam. Po tym spotkaniu udałam się do Agnara, aby dowiedzieć się nieco więcej o tych duchach. Wilk wytłumaczył mi kim są oraz jakie obowiązki pełnią wobec ochrony puszcz, które zamieszkują. Od tamtej pory, gdy wchodziłam na teren lasu Lysskog często przychodził się przywitać a czasami pomagał mi znaleźć odpowiednie rośliny. Nie za dobrze rozumiałam jego mowę, lecz wiem, że on doskonale zna nasz język. Tak przynajmniej twierdził Alfa. Fyod wyciągnął coś w rodzaju ręki w moim kierunku i potrząsnął moja prawą łapą na przywitanie.

– Nie ma czego się bać. To Ånd – duch broniący lasu przed intruzami – wyjaśniłam, kiedy przywitałam się z strażnikiem.

– Aha – Yareen podszedł powoli, wysoko unosząc pysk i węsząc w powietrzu. Zerwał się delikatny wietrzyk powodując u mnie dreszcz na grzbiecie.

– Przepraszam, nie chciałem… – powiedział basior a podmuchy powietrza ustały. – Moje oczy są ślepe ale jestem w stanie postrzegać świat przy pomocy mojego żywiołu.

– Jest nim powietrze, tak? – spytałam. "Czyli jednak jest ślepy…" – pomyślałam. Basior kiwnął głową na znak potwierdzenia. Spojrzałam na Ducha Lasu i spytałam go, czy zna on miejsce, gdzie rosną jeszcze jaskółcze ziela. Istota zbudowana z drewna oraz roślin wskazała swoją kończyną, kierując nas ścieżką na północny zachód. Podziękowałam, po czym zaczęłam podążać wskazaną przed Ånda drogą. Śnieżnobiały wilk nadal podążał za mną w milczeniu. Po kilku minutach znalazłam kępkę rośliny o żółtych kwiatach, tak jak mówił wilk.

– To chyba te ziele, którego szukałeś… – powiedziałam, podchodząc do ziela. Zebrałam je, chowając raz do swojej sakwy a raz do sakwy Yareena. Już miałam wziąć ostatni kwiat, kiedy usłyszałam kolejny dźwięk ze strony Duchów Lasu. Ten nie było sygnałem powitalnym lecz alarmującym. Nagle przed oczami przeleciał mi Fyod, biegnąc w stronę zachodniej części buszu a za nim gromadka leśnych zwierzątek – tych zwykłych jak i magicznych. Basior spojrzał na mnie z pytającym wyrazem pyska.

– Coś się dzieje z lasem – powiedziałam i ruszyłam za biegnącym stworzeniem.


(Yareen? Palimy jakąś trawkę? xD)

wtorek, 6 kwietnia 2021

Brak komentarzy

Od Yareen'a Cd. Antilii ,,Śnieżny Onyx''

Wszędzie i ciągle ciemność. Moje oczy do niczego się nie nadawały. Równie dobrze mogłem ich nie mieć, jakbym miał puste oczodoły nie czułbym różnicy. Jedyne, na czym mogłem polegać, to na innych zmysłach i na powietrzu. Co by się stało, gdyby zanikł? To nie możliwe. Bez niego wszyscy by umarli, w końcu to w powietrzu istnieje tlen. O to nie musiałem się martwić, wiedziałem, że zawsze będę „widział powietrzem”. Tak jak teraz, kiedy przechadzałem się po nowych terenach, pełnych magicznych roślin. Pandora dokładnie mi wyjaśniła, jak dojść do tego lasu, którego nazwy nie pamiętałem. Miałem jej przynieść kilka ziół, jeśli uda mi się je znaleźć. Skupiłem się więc na szukanie ich po węchu, a czasami przez powietrze. Szukałem mocą delikatnych i małych roślinek, a gdy przy nich byłem, sprawdzałem węchem. Niestety wiele z nich była podobna, dlatego mogłem mieć w torbie więcej ziół, niż chciała. To nie był problem z jej mocą zatrzymywania życia roślin, mogły one być świeże, dopóki magia na nich istniała – czyli dopóki żyła Pandora.
Użyłem znowu mocy, by znaleźć jakąś roślinę, kiedy wyczułem z jej pomocą jakieś zwierzę. Prawdopodobnie był to wilk, chociaż rozmiarem pasował mi też do roślinożercy. Ruszyłem w tamtą stronę z ciekawości, aż w końcu wyczułem delikatną woń wilka. Gdy byłem już wystarczająco blisko jegomościa, odezwałem się:

- Jesteś z tej watahy? – przez moment obca osoba się nie odzywała, przez co zacząłem wątpić, że ona tu była.

- Tak. A ty? – pokiwałem głową, kierując łeb w stronę jej głosu.

- Od jakichś dwóch dni.

- Jesteś tutaj na spacerze, czy…? – zadała kolejne pytanie.

- Szukam ziół – ogonem poruszyłem torbę, wiszącą z boku.

- Jesteś zielarzem?

- Można tak powiedzieć. Pomagam przyjaciółce, dołączyła razem ze mną – wyjaśniłem. – Tak właściwie, to się nie przedstawiłem. Yareen.

- Antilla – odparła samica.

- Nie wiem, czy znasz się na ziołach, ale nie widziałaś gdzieś może Jaskółczego ziela? Mały z żółtymi kwiatkami.
<Antilla? Wiem, nudne>

wtorek, 9 marca 2021

Brak komentarzy

Od Antilii Do Kogoś "Śnieżny onyx"

 Wiatr rzucił na mnie kolejną porcję śniegu, ponownie ograniczając widoczność terenu. Od kilku godzin walczyłam ze śnieżycą, która co chwilę próbowała zakopać mnie przy pomocy mokrego śniegu, którym ciągle we mnie rzucała. Ja natomiast stale się opierałam, starając się iść dalej. "Krok za krokiem" – powtarzałam sobie, walcząc sama ze sobą, by nie poddać się sile natury i po prostu nie zasnąć na zawsze w tym śniegu. Wyobraziłam sobie, jak moje zlodowaciałe szczątki roztapiają się na wiosnę. Albo po prostu na zawsze zostają lodową rzeźbą… Efekt jest jeden – jestem martwa. A ja czuję w przemarzniętych kościach, że to nie czas na spotkanie z Garmem – strażnikiem zaświatów. Tak więc od tych kilku godzin pomimo burzy szłam przed siebie, mając nadzieję, że niedługo znajdę jakieś schronienie lub nawet miejsce do osiedlenia się.

Od kilku miesięcy błąkam się po świecie, ponownie szukając swojego miejsca na świecie. Dlaczego ponownie? Ponieważ nie pamiętam swojego poprzedniego życia – rodziny, przyjaciół… Żadnych wspomnień związanych z moim poprzednim życiem. Lecz co ciekawe, nadal pamiętam sztuki uzdrawiające, co przez pewien czas traktowałam jako punkt zaczepienia do odzyskania pamięci, ale straciłam przez to tylko czas. Jakiś czas temu naszła mnie myśl, aby udać się w pewnym kierunku – idąc na południe, a następnie odbić na wschód. Kierowałam się w tamtym kierunku przy pomocy Słońca oraz gwiazd. Teraz jednak białe chmury śnieżne zasłoniły niebo, a przez padający śnieg zgubiłam orientację w terenie, który swoją drogą był prawie płaski. Czułam się jak na lodowej pustyni. Najbardziej obawiałam się tego, że kręcę się w kółko. Nie mogłam się o tym przekonać, ponieważ jak wcześniej wspomniałam, teren był płaski a ślady moich łap szybko były zacierane przez wyjący wiatr. Skrzydłami mocniej przytuliłam ciało, dziękując Vennowi, że je posiadam. Wiedziałam, że dzięki nim zyskałam niewiele czasu, ale zawsze to coś. "Więcej czasu na myślenie jak nie zginąć" – pomyślałam ponuro. Krok za krokiem, oddech za oddechem. "I byle do przodu" – powtarzałam sobie.

Nagle zza białej, mglistej kurtyny zaczął majaczyć się jakiś kształt. Z iskierką nadziei w sercu podeszłam do, jak się okazało, jakiegoś kamienia. Wola bogów mi sprzyjała, ponieważ pod kamieniem była wystarczająco duża przestrzeń, bym zdołała wejść. Przypomniał mi się tamten dzień – gdy obudziłam się odarta ze wspomnień. Wtedy znalazłam podobne schronienie, lecz była to lodowa iglica, a nie ogromny kamień.

– Naszło mnie na wspomnienia… – prychnęłam na głos, słysząc po raz pierwszy swój głos od dłuższego czasu. Był szorstki i wypełniony zmęczeniem. Kamień był otoczony po bokach innymi, mniejszymi głazami, przypominając mi jeden z wynalazków ludzi, którego nazwy zapomniałam… Miałam szczęście, ponieważ głaz był ustawiony w takim kierunku, że stanowił on moją osłonę przeciwko wiatrowi. Położyłam się na chłodnej ziemi, wsłuchując się w rytm szalejącej burzy. Czułam jej siłę i swego rodzaju determinację. Cieszyłam się, że miałam wystarczająco dużo siły, żeby oprzeć się tejże śnieżycy.

Skuliłam się bardziej, powoli rozkładając przemarznięte skrzydła, okrywając się nimi, podejmując próbę ogrzania się. W głębi ducha płakałam ze szczęścia, że udało mi się znaleźć schronienie, ponieważ czułam, że mój organizm był na krawędzi wytrzymałości. Pozwoliłam sobie na słaby, cichy śmiech radości, po czym zaczęłam masować swoje nogi, chcąc pobudzić krążenie w kończynach. Czułam charakterystyczne drętwienie, które pojawiało się, gdy za długo byłam na mrozie. Mimowolnie zaczęłam wspominać miejsce, które jeszcze kilka dni temu można było nazwać czymś w rodzaju domu. Ponad miesiąc temu znalazłam jaskinie niedaleko terenów ludzi i tam się osiadłam. Było spokojnie, polowałam na zwierzęta hodowane przez te dziwne, dwunożne istoty. Pewnego dnia zrobiłam jakiś błąd, chociaż do tej pory nie jestem pewna, jaki dokładnie… Jednak ludzie zastawili pułapkę na wilka, który zabija im zwierzęta, w którą niestety wpadłam. Cudem udało mi się uciec z miejsca, w którym mnie uwięzili, kilka dni temu. Teraz ponownie poszukuję miejsca do osiedlenia się. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam…

Obudziłam się jakiś czas później. Burza śnieżna zdążyła już minąć, a ja mogłam rozejrzeć się gdzie dokładnie się znalazłam. Teren naprawdę był płaski, nie licząc kilku głazów narzutowych rozsianych w różnej odległości od siebie nawzajem. Delikatne promienie słońca tańczyły na zmarzniętym śniegu, tworząc festiwal barw. Ostrożnie postawiłam łapę na śniegu, czekając, aż cienka warstwa lodu złamie się pod wpływem ciężaru mojego ciała, a noga zanurzy się w zimnym śniegu. Rozłożyłam skrzydła, chcąc rozruszać znajdujące się w nich kości, a następnie uderzyłam nimi o powietrze, budząc je do życia. Wzięłam głęboki wdech zimnego powietrza, a po chwili odetchnęłam. Okolica była ładna, lecz czułam się tutaj… nieswojo. Nie mogłam pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, jakby ktoś mnie obserwował. Powoli obejrzałam się za siebie, chcąc się upewnić, że jestem sama. Niestety tak nie było.

Za mną siedział duży, kruczoczarny basior. Emanował on pewnością siebie, ale nie puszył się. Biła również od niego coś w rodzaju aury przywódcy… Chwilę siedział on na głazie, pod którym wcześniej się ukrywał, a potem zeskoczył na śnieg, zmniejszając dzielącą nas odległość. Okrążył mnie, a następnie usiadł naprzeciwko, dokładnie mi się przyglądając. Ja również bacznie obserwowałam każdy jego ruch, analizując swoją sytuację. Dzięki tej drzemce miałam więcej siły niż kilka godzin wcześniej, ale na tego wilka raczej to nie wystarczy… Był dużo większy ode mnie i śmiało prezentował swoje muskuły, sygnalizując, że nie ma co próbować walki wręcz. Przez kilka ostatnich miesięcy zdążyłam się nauczyć, że oprócz siły mięśni liczy się także spryt oraz zwinność… Nagle czarny niczym noc wilk zadał pytanie.

– Kim jesteś? – spytał zimny, obojętnym tonem głosu. Przez chwilę milczałam, sprawdzając jego cierpliwość. Bardzo ryzykowne, ale musiałam się upewnić, z tym nie jest porywczy. Na moje szczęście nie jest.

– Mogłabym zapytać Cię o to samo… – odpowiedziałam tym samym głosem co on.

– Damy mają pierwszeństwo – odparł. "Niech to!" – przeklęłam w myślach. Wzdychnęłam przed odpowiedzią.

– Antilia – przedstawiłam się i uniosłam brew, czekając na poznanie imię wilka.

– Miło mi. – Po krótkiej chwili dodał: – Agnar.

– Mi również – odpowiedziałam nieco cieplejszym głosem. Angar lekko uniósł kąciki ust, lecz jego oczy nadal uważnie mnie obserwowały. Sprawiał wrażenie przyjaznego, ale wiedziałam, że gdy tylko zauważy jeden niewłaściwy ruch z mojej strony, bez wahania zaatakuje. "Sama bym zrobiła podobnie" – pomyślałam mimochodem.

– Jeśli mogę zapytać… Co tutaj robisz? – zapytał wilk.

– Przechodzę – odpowiedziałam szczerze. Nie było sensu kłamać, a poza tym nie miałam pomysłu na kłamstwo. Basior przyglądał mi się dłuższą chwilę, po czym odezwał się swoim głębokim głosem.

– Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz i nie jesteś czyimś szpiegiem?

– Ponieważ nie masz innego wyboru jak uwierzyć mi. Poza tym nie mam dla kogo szpiegować, ponieważ nie należę do żadnej watahy.

– Samotniczka? – spytał zaciekawiony Agnar. To pytanie postanowiłam przemilczeć, co nie uszło jego uwadze. Uniósł pytająco brew.

– Im mniej ktoś o mnie wie, tym mniej mnie zaboli jego zdrada – powiedziałam obojętnym głosem, patrząc mu w oczy.

– Rozumiem… – powiedział to jakby bardziej do siebie niż do mnie. – To bardzo rozsądne podejście – pochwalił.

– Dziękuję… – odpowiedziałam, spuszczając wzrok i oglądając się, gdzie mogę iść… Nagle jedna z nóg ugięła się pode mną, co zaskoczyło zarówno mnie jak i Agnara. Szybko jednak stanęłam na równe nogi. Nie lubię okazywać słabości, a zwłaszcza przed dużym basiorem, który zdecydowanie nade mną góruje.

– Wszystko w porządku? – zapytał lekko zaniepokojony czarny wilk.

– Tak, tak… – wymamrotałam. – Chyba już pójdę… – I bez pożegnania odwróciłam się, chcąc, idąc w swoją stronę. Ale nagle zatrzymałam się. Coś mi nie pozwalało mi zrobić kolejnego kroku. Poczułam coś w sercu, coś w rodzaju… spokoju, ciepła. Nie umiem tego określić, ale właśnie to nie pozwalało mi odejść. Jakby chciało coś mi powiedzieć. Rozejrzałam się po otaczającym mnie krajobrazie i nagle zamiast pustej, białej przestrzeni zobaczyłam łąki pełne kwiatów oraz kilka stad saren… Mruknęłam a kolorowa wizja zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Zaczęłam wsłuchiwać się w głos serca, który w końcu został dopuszczony. Powtarzał jedno – dom. Kiedy to usłyszałam, zauważyłam jedną rzecz. Stojąc tutaj, w pobliżu tego czarnego basiora czułam się swobodnie i stabilnie… Bez strachu, bez uciążliwego uczucia nieswojości, bez potrzeby szukania tego czegoś…

Jakbym znalazła jeden z zaginionych fragmentów mojego życia.

Odwróciłam się a Agnar cierpliwie czekał, siedząc na śniegu i obserwując mnie. Jakby dawał mi czas do namysłu. Przyznam szczerze, że intrygował mnie ten basior… Podeszłam powoli do niego i również usiadłam.

– Należysz do jakiegoś stada? – zapytałam bez zbędnych ogródek.

– Tak. Do Klanu Wilczej Paszczy.

– Znasz alfę?

– Oczywiście – odpowiadał cierpliwie na moje pytania Agnar.

– Zaprowadzisz mnie do niej? Albo do niego? 

– Jasne – powiedział wilk, po czym wstał, okręcił się i ponownie usiadł przede mną, mówiąc: – Ja jestem alfą Klanu Wilczej Paszczy – powiedział tym samym cierpliwym głosem kiedy odpowiadał, bez żadnego wywyższania się czy innych dodatków mających pokazanie różnicy między przywódcą a zwykłym wilkiem. Nie wyczułam również złośliwości lub sakrazmu  a jedynie "Już go lubię…" – pomyślałam.

– Czy przyjmiesz ten kamień jako moją ofiarę w zamian do dołączenia do Twojego klanu? – Znałam tradycję, jaka obowiązywała podczas dołączania do wilczego stada – należało ofiarować przywódczyni odpowiedni dar, aby mógł zaakceptować nasze członkostwo. Jakiś czas temu znalazłam dziwny czarny kamień, z którego biła jakaś niezrozumiała dla mnie magia. Wiedziałam jednak, że ten kamień może mi się kiedyś przydać więc kiedy znalazłam odpowiednie materiały i zrobiłam coś, co ludzie nosili na swoich szyjach. Nie podobało mi się to, ponieważ upodabniałam się do tych odrażających stworów, ale nie miałam ochoty trzymać go cały czas w łapie czy w pysku. Poza tym czułam, że muszę wziąć ten kamień. Tak więc została mi jedyna opcja, która wtedy przychodziła mi do głowy – zawieszenie tego kamienia na mojej szyi. Tak więc zdjęłam kamień z szyi, a następnie położyłam go na wystawionej łapie Agnara. Ten przyglądał się kamieniowi w taki sposób, jakby rozumiał, co on do niego mówi. W końcu zacisnął łapę i położył łapę na śniegu.

– Ten kamień w zupełności wystarczy jako ofiara – powiedział Agnar, patrząc na mnie z zadowoleniem w oczach. Cieszę się, że kamień, który mu ofiarowałam, spodobał mu się. Czuję, że ten kamień był właśnie jemu przeznaczony. Przez chwilę pomyślałam, że Framtid chyba ułożyła dla mnie przeznaczenie…

– Chodźmy – powiedziała alfa, wyrywając mnie z mojego transu przemyśleń. – Pokażę Ci gdzie mieszkamy, a potem pójdziemy po jedzenie.

Burczący odgłos mojego żołądka oznaczał, że wypadałoby coś zjeść, o ile chcę jeszcze chodzić po tym świecie… Ruszyłam za Agnarem, który prowadził mnie w nieznanym dla mnie kierunku. On natomiast pewnie stawiał krok, sprawiając wrażenie, jakby tutaj się urodził… To bardzo prawdopodobne. Emanował on swoją aurą, ale nie czułam się przyćmiona. Przez pewien czas prowadził mnie przez to pustkowie. W końcu postanowiłam zapytać, gdzie jesteśmy.

– To są Zielone Błonia. Tutaj, gdy nie mamy zimy, polujemy, choć czasami jest to trudne.

Rozejrzałam się i nadal widziałam płaski krajobraz przykryty grubą warstwą białego puchu.

– Nie dziwię się… – powiedziałam zamyślony tonem. Z każdym krokiem czułam się coraz gorzej, odczuwając skutki długotrwałego głodu. Jednak nadal udawało mi się utrzymać pozory, choć obawiałam się, że długo tak nie pociągnę.

– Wolisz jaskinię czy norę? – zapytał basior, przerywając dziwną ciszę zagłuszaną przez wiejący wiatr. Prąd powietrza porwał jego głos, niosąc go dalej.

– Jaskinię – odpowiedziałam, zastanawiając się, kto chciałby mieszkać w norze. Z jednej strony można czasami powiększyć swoje małe "mieszkanko" jednak może się one okazać niestabilne… Poza tym sama mieszkałam przez kilka dni w norze, lecz ciągle mi ją zalewało, tak więc musiałam szukać nowego lokum… Tak więc wolę litą, twardą skałę.

– Dobrze, bo będziemy mieli mniej drogi, a widzę, że nie jesteś w najlepszej formie…

– Aż tak bardzo to widać? – zapytałam, będąc ciekawa jak bardzo widać osłabienie mojego organizmu.

– Na pierwszy rzut oka prawie nic nie widać, ale jak się przyjrzeć to można dostrzec kilka szczegółów… – odparł Agnar spokojnym głosem. Nadal jednak obserwował, ale nie tak uważnie jak na samym początku naszego spotkania. Ja równie bacznie mu się przyglądałam, ponieważ pierwsze wrażenie jest ważne, ale nie pokazuje całej osobowości wilka. Gdy powiedział, że jest alfą, jego zachowanie nabrało sensu. Na jego terenie pojawił się obcy i teraz musi sprawdzić, czy nie stanowię zagrożenia dla jego stada.

Po kilkunastu minutach, które dla mnie były całą wiecznością, dostaliśmy do jaskiń, które znajdowały się w górach w północnej części lasu Langvarig. Nory natomiast były nieco dalej, bardziej we wschodniej części lasu. W trakcie wędrówki Agnar upewnił się w kwestii mojej decyzji wyboru miejsca do mieszkania. Ja pozostałam przy swoim wyborze. Obejrzałam jaskinię, która okazała się dla mnie idealna, ponieważ okazało się, że w środku biło niewielkie źródełko. Bardzo mnie ucieszyło, ponieważ uwielbiałam dźwięk wody, a jej obecność koiła moją zmęczoną duszę.

– Skąd wiedziałeś, że jestem wilkiem wody, a nie lodu? – Wyszłam na zewnątrz, gdzie czekał na mnie Agnar.

– Nie byłem pewien, ale kiedy byliśmy na Błoniach, mogłabyś stworzyć jakieś lodowe szpikulce czy coś… – przyznał szczerze.

"Bystry jest…" – pomyślałam.

– Dziękuję bardzo – powiedziałam po dłuższej chwili. Czarny wilk kiwnął głową na znak akceptacji podziękowań.

– Chodźmy, pokażę ci, gdzie trzymamy zapasy – powiedziała alfa i ponownie zaczął mnie prowadzić. Gdy to usłyszałam, w pierwszej chwili chciałam zaprotestować, a potem usiąść, po czym powiedzieć, że już nie dam rady. Jednak po przemyśleniu ruszyłam bez słowa za przewodnikiem, czując rosnące zmęczenie. Jednak myśl jedzenia utrzymywała moje ciało trzeźwe. Po krótkim czasie znaleźliśmy się w dużej przestronnej norze, w której znajdowały się zapasy nie tylko na zimę. Dostałam kilka grubszych pasków dziczyzny. Wprawdzie chciałam zjeść więcej, ale wiedziałam, że zjedzenie dużego posiłku po dłuższej głodówce może źle się skończyć.

– Odprowadzić cię? – zapytał Agnar gdy wyszliśmy na powierzchnię.

– Dojdę sama, dzięk… – Chciałam się wymigać, lecz basior mi przerwał.

– Nalegam – Nie powiedział tego ani lodowatym, ani twardym głosem, lecz takim, który nie chciał słyszeć sprzeciwu.

Ustąpiłam, pozwalając, by czarny niczym noc wilk, znów mi towarzyszył. Nie, żebym była o to na niego zła, lecz czułam się, jakbym była szczeniakiem wymagającym ciągłej opieki. Byłam lekko zirytowana, jednakże sądziłam, że boi się, abym po prostu nie zeszła mu na tym śniegu. Nie wiem, czy to z troski o mnie, czy o niechęć woleć sprzątania zwłok… "Ja i mój czarny humor…" – parsknęłam w duchu.

Dotarliśmy do mojej jaskini, gdzie jeszcze chwilę porozmawiałam z alfą Klanu. Agnar zapytał, czym mogłabym się zająć w jego stadzie. Zaproponowałam, że mogę zostać uzdrowicielką, na co wilk zgodził się, jednak uprzedził, że nie ma na razie zielarza, tak więc sama będę musiała zająć się zbieraniem ziół. Przedstawił mi również drogę do Skały Alf, gdzie mieszka.

– Okej… Czy coś jeszcze chcesz omówić? – spytałam na koniec, marząc o drzemce w ciepłym, suchym miejscu.

– Tak. Wypocznij – Basior uśmiechnął się na do widzenia i ruszył w swoją drogę.

Ja natomiast poszłam spać. 


~*~*~*~*~*~


Od tego czasu minął jakiś tydzień. Udało mi się zapoznać z większością terenów Klanu, tak więc można powiedzieć, że się zadomowiłam. Leciałam teraz nad jednym z biegów rzeki Isfjell, kierując się do magicznego lasu Lysskog, mając nadzieję, że dzisiaj znajdę jakieś zioła. W głębi duszy miałam nadzieję, że niedługo pojawi się zielarz w naszym stadzie, ponieważ ostatnim razem o mało nie pomyliłam trującej rośliny z magicznym ziołem. Westchnęłam, zaciągając się zimowym powietrzem. Pogoda dopisywała, tak więc mogłam spokojnie pozwolić sobie na szybki lot tam i z powrotem. Wiatru praktycznie nie było, tak więc nie minął moment, a ja już byłam niedaleko lasu. Delikatnie wylądowałam na zamarzniętej ziemi, uważając, aby się nie przewrócić na śliskim gruncie. Powoli stawiałam łapy, wbijając pazury w cienki lód, by móc spokojnie przejść niebezpieczny kawałek. Już cieszyłam się kiedy zbliżała się do lasu, lecz nagle przez mój grzbiet przeszedł dreszcz.

"Nie jestem tutaj sama…" – pomyślałam, wyczuwając obecność jakiegoś wilka. Nie wiedziałam, czy to jest Agnar, ponieważ nie poznałam go na tyle, aby zapamiętać jego zapach. Tak więc pytanie brzmi czy to swój, czy to obcy…



(Kto, co gdzie i jak? Wiem że nie mam dużego wyboru ale yolo xD)