Pora roku:
Menu pionowe i populacja (na samym dole)
POPULACJA: 9
W tym NPC: 3
Wadery (♀): 5
Basiory (♂): 4
Szczenięta: 0
LICZBA ZMARŁYCH WILKÓW: 0
LICZBA PAR: 0
Następne postarzenie: 21-23.02.22
Menu poziome
wtorek, 1 lutego 2022
Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny Onyx".
czwartek, 20 stycznia 2022
Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx".
piątek, 7 stycznia 2022
Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny Onyx"
środa, 10 listopada 2021
Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"
Gdy Pandora rozmawiała z martwym, powalbym drzewem, jeden z ludzi dostrzegł mnie oraz moją towarzyszkę. Zaczął coś krzyczeć w swoim dziwnym języku, podnosząc alarm. Nie, nie, nie…! – zaczęłam krzyczeć w myślach, widząc, jak ludzie zaczęli biec w naszym kierunku. Trzymając e przednich kończynach lśniące przedmioty oraz zapalone pochodnie. Serce mi zadrżało, a umysł szukał drogę ucieczki.
– Pandora! – krzyknęłam głośno, mając nadzieję, że usłyszy mój krzyk. Na szczęście przerwałam jej trans, po czym od razu powiedziała:
– Yareen jest w środku tego metalowego kółka w ziemi!
Ludzie zaczęli zacieśniać krąg, który niczy obręcz, zaciskał się wokół nas. Niedaleko huknął piorun, który styknął się z ziemią, zupełnie jakby dłoń z nieba postanowił dotknąć palcem Matkę Ziemię. Deszczowe krople zaczęły spadać szybciej, a ja poczułam siłę tego żywiołu. Ludzie zatrzymali się i czekali na nasz ruch.
– Musimy uciekać! – zawołałam do towarzyszki. Wiedziałam, że będzie się sprzeciwiać, lecz nie miałyśmy szans z tak dużą liczbą ludzkich istot.
– Nie zostawię go! – odpowiedziała, ostro marszcząc brwi.
– To co robimy?! – zapytałam, widząc, że dwunodzy zacieśniają drogę ucieczki. – Nie mamy dużo czasu!
– Ty odwróć ich uwagę a ja pójdę do tego metalowego okręgu!
l– Dobrze… – przystałam na tą propozycję. Wolałam to lub cokolwiek innego od stania tutaj i czekania na śmierć.
– Teraz! – krzyknęła Pandora, która wystrzeliła w kierunku domów, a ja przed siebie.
Ludzie rozdzielili się, lecz po stworzeniu kilku ścian wody blokujących pościg za Pandorą, które spowodowały wydanie jakiś dziwnych dźwięków, ruszyli za mną. Bogowie, dopomóżcie!
Yareen patrzył niewidomymi oczami gdzieś w dal, licząc, że zdoła zlokalizować przeciwnika, lecz miejsce, w którym obecnie się znajdował, utrudniał mi korzystanie z swoich mocy. Śmiech odbijał się od nagich skał, zniekształcając jego wydźwięk, co nieco zabolało białego wilka. Nagle usłyszał on chlupot wody oraz dziwny, specyficzny dźwięk. Niby to szczęk i dzwonienie zębów, ale jakby mlaskanie oraz wysoki pisk…
– Cieszę się, że wpadłeś nas odwiedzić, ponieważ od dawna nikt do nas nie zaglądał… – zachichotał piskliwie tajemniczy głos, po czym nostalgicznie jakby westchnął. – Ja i moje dzieci zdążyliśmy porządnie zgłodnieć…! – Rzucił ostro, po czym tajemniczy głos pomnożył się i zaczął dobiegać zewsząd. Wysokie piski połączone z chlupotaniem wody nie wróżyły niczego dobrego. Odór również wzmocnił swoją siłę, przez co basior o mało nie padł z jego powodu. Udało mu się jednak zachować świadomość, mimo, że to było bardzo trudne. W pewnym momencie zaczął czuć szczypanie, które szybko przerodziło się w kłujący ból. Cofnął się w głąb suchego skrawka ziemi, lecz chwilę potem stracił grunt pod nogami, po czym wylądował w wodzie. Szybko wstał, brodząc w wodzie i nadal cofając się przed tajemniczym wrogiem, który nadał kąsał i ranił coraz bardziej. W oddali usłyszał piskliwy śmiech tajemniczego osobnika.
– Uciekaj, uciekaj ile chcesz! – zawołał. – I tak jesteś już martwy…
Biały wilk dalej się cofał, coraz bardziej zanurzając się w śmierdzącej wodzie, aż nagle wyczuł ścianę. Poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła…
...gdy nagle zobaczył...
Deszcz nie odpuszczał, lecz mi to nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie: moja moc rosła z każdą kroplą dotykającą moje ciało. Nie odważyłam się jednak użyć swojej magii. Każdy wilk naszego klanu doskonale zna zasadę, aby nie ujawniać swoich magicznych zdolności w obecności człowieka. Wystarczającym dużym dziwactwem są moje skrzydła, nie mówiąc o… ciele Pandory… Skręciłam ostro w lewo, ledwie utrzymując się w pionie na śliskiej ziemi. Kilka ludzików nie miało tyle szczęścia co ja i skończyli w błocie kilka metrów dalej. Ruszyłam przed siebie, widząc w oddali majaczący się kształt metalowej klapy.
Nagle dostrzegłam białawy kształt leżący na ziemi niedaleko. Gdy się przyjrzałam, rozpoznałam Pandorę, której w nogę wbito jakąś strzałę. Leżała na ziemi i rozglądała się za nadciągającym wrogiem. Miała też przebite jedno skrzydło. Cholera! – pomyślałam, biegnąc w stronę leżącej wilczycy. Musiałam zmienić plan działania, i to szybko!
– Antilia! – zawołała.
Ja natomiast odrobinę zwolniłam, skupiając się na mocy wody, która powoli miażdżyła pręty wbite w ciało wadery. Gdy pękły, chwyciłam ją za kark i wzniosłam się w powietrze.
Nie odleciałam daleko od ludzkiej osady, lecz niemal natychmiast Pandora zaczęła się lekko… rzucać.
– Musimy wrócić po Yareena! – krzyczała. Ja natomiast milczałam, ponieważ miałam w pysku jej kark. Myślałam, że jesteś lżejsza… – skomentowałam za to w myślach. Wylądowałam kawałek dalej, w buszu leśnym, tak aby nikt nie zauważył jej.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytała ostro. – Mus…
– Wracam po niego! – przerwałam jej i wzbiłam się w powietrze. Zanim odleciałam, dodałam: – Jeśli możesz, spróbuj się zregenerować!
Gdy tylko udało mi się podnieść tą metalową płytę, uderzył we mnie ogromny smród. Usłyszałam jednak bardzo niepokojący hałas i głosy, które zmusiły mnie do pokonania i wejścia do tajemniczej jaskini. W środku panował mrok a jedynym źródłem, i to słabego, światła był otwór przez który wleciałam. Zawisłam w powietrzu kilka metrów nad taflą zielonkawej wody. Zauważyłam, jak pode mną przemyka kilka sporych rozmiarów szczurów. Rozejrzałam się i znalazłam coś, co znacząco różniło od szarego, brudnego otoczenia.
– Yareen! – zawołałam w kierunki białego futra. Wilk spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami, w których zatliła się iskierka. Nagle poczułam ból w ogonie. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, jak szczur wgrywa mi się w futro i mięśnie. Udało mi się go zrzucić, lecz kolejne szykowały się na atak.
– Antilia? – Nie chciał uwierzyć, że to ja.
– Chcesz tu zostać? – zapytałam ostro, unikając skaczącego, przerośniętego gryzonia. Wilk wzniósł się lekko, a po chwili oboje wznieśliśmy się w deszczowe niebo. Skierowałam naszą dwójkę w stronę miejsca, gdzie odstawiłam Pandorę.
niedziela, 7 listopada 2021
Od Yareena cd. Antilii "Śnieżny onyks"
piątek, 1 października 2021
Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"
wtorek, 7 września 2021
Od Yareena cd. Antilii „Śnieżny Onyx”
niedziela, 1 sierpnia 2021
Od Antilii cd. Yareena "Śnieżny Onyx"
środa, 21 lipca 2021
Od Yareen'a Cd Antilii ,,Śniezny Onyx''
Robienie sobie żartów z innych wilków nie leży w jego naturze, ale Pandora zawsze twierdziła, że w ten sposób można sprawdzić innych. Zobaczyć ich zachowanie, ich nastawienie i minimalnie ich poznać – ale tak naprawdę chodziło o pośmianie się z innych, nie ukrywajmy. Samica była pełna energii, zawsze było jej wszędzie pełno i wciskała każdemu swoje pięć groszy, to by było dziwne, gdyby nie lubiła żartować z innych. A teraz miała na to idealną okazje, wystarczyło spojrzeć na kuzyna i rzucić „Można dołączyć do waszego klanu?”. Z własnej woli czy też nie, tyle wystarczyło, aby on sam włączył się do zabawy. Nie mógł już się wycofać i zepsuć zabawy siostrze (nigdy nie użył słowa „ciocia” w stosunku do Pandory), jedyne co mógł, to kontynuować tę cała szopkę.
Gdyby komuś bardziej się chciało przypatrzeć tej dwójce, może by zauważył ten ułamek sekundy, podczas którego przez pyski Yareena i Pandory przeszło niezadowolenie. „Będziecie chyba musieli opuścić nasze tereny. Nie jesteście wrogo nastawieni, jednak jesteście nadal obcymi.”. Obcymi zawsze będą, nawet, jeśli Pandora będzie twierdzić, że kiedyś staną się rodziną, dla niego oni wszyscy zawsze będą obcy, a on im – a mimo tego słowo wypowiedziane przez nowo poznaną jakoś dziwnie go uderzyło. Oboje zresztą poczuli de ja vu.
Ruszyli na północ, w kierunku jaskini Alfy, aby „nowe” wilki mogły dołączyć. Szli rozmawiając, głównie Pandora z Antilią. Yareen szedł nieco z tyłu i tylko je śledził, przysłuchując się jej rozmowom, które znał na pamięć. Jego opiekunka za każdym razem opowiadała albo o przedziwnych roślinach, albo miejscach, które spotkała w swoim krótkim życiu. W niektórych historiach pojawiał się biały basior, ponieważ gdy się nim zajęła, nie zrezygnowała z marzeń o podróżowaniu i poznawaniu świata. Szkoda, że on sam nie mógł opisać tego, co można było zobaczyć.
- Czym obdarujecie Alfę? – zapytała skrzydlata wilczyca, kiedy Pandora na moment zamilkła i przyglądała się orłowi na niebie. Przez moment panowała cisza. Kiedy rogata samica zdała sobie sprawę, że zadano jej pytanie, przystanęła na moment i się rozejrzała.
- To – podeszła do niebieskiego kwiatu i go zerwała. Radośnie potruchtała do swoich towarzyszy. Biały samiec patrzył w dal niewidzącym wzrokiem, ignorując jej zachowanie, a Antilia posłała jej zdziwione spojrzenie.
- Kwiat?
- Nie taki zwykły – wysepleniła. – Trzymaj to Yareen – podała mu do pyska roślinę. – To przegorzan kulisty. Przy odpowiednim spreparowaniu, gdy wilk całkowicie opadnie z sił i nie może używać swych mocy, przegorzan odnawia energię. Jeśli chcesz, mogę ci zrobić – nie kłamała. Już kilka razy przygotowywała napój z niebieskiej rośliny bratu. Smakował kiepsko, ale energię odzyskiwał w zaskakującym tempie.
Po dotarciu do jaskini alfy, Antilia sama weszła do środka, a po dłuższej chwili, prawdopodobnie po opowiedzeniu co się stało w lesie, Alfa wyszedł do czekającej dwójki.
- To oni. Chcieli by dołączyć – przez moment panowała cisza. Akos spoglądał na uśmiechającą się Pandorą, na Yareena, który patrzył w ziemie oraz na Antilie, która po chwili się dowiedziała, że jednak należeliśmy do klanu. Zamrugała kilka razy.
- Nie rozumiem…
- Zażartowali z ciebie – wyjaśnił Alfa. - Dołączyli niedługo po tobie – spojrzał na dwójkę wilków. – Mało śmieszny żart – skomentował.
- Nie chodzi o żart, ale o reakcje – odparła rogata wilczyca. Alfa wzruszył ramionami zamykając temat.
- A co do spłoniętego lasu… - odwrócił się do Antilii.
poniedziałek, 12 lipca 2021
Od Antilii cd. Yareen "Śnieżny onyx".
niedziela, 27 czerwca 2021
Od Yareena Cd. Antilli ,,Śnieżny Onyks’'
- Już myślałam, że mi tu spłoniesz. Wiesz co ja bym ci zrobiła, jakbyś mi umarł?! – przytuliła się do mnie i zaczęła sprawdzać, czy nie miałem żadnej rany.
- W odwecie bym cię nawiedzał – szturchnąłem ją ogonem, lekko od siebie odsuwając, ale zaraz znowu do mnie przyległa.
- Pamiętaj, jak pierwszy umrzesz, masz do mnie przychodzić i czekać na mnie – dopiero teraz zwróciła uwagę na drugiego wilka, znajdującego się tutaj. – Ktoś ty? – zapytała spokojnie, podchodząc do niej.
- Antilla, pomogła mi – wyjaśniłem, mając nadzieje, że patrzę w ich stronę.
- Tak? – Pandora poruszyła uszami. – Dziękuje ci kochana! – powiedziała radośnie i mocno przytuliła samice, prawdopodobnie na moment uniemożliwiając jej oddychanie.
- Nie ma… za co – powiedziała z lekkim trudem, mając ściśniętą klatkę piersiową.
- Chyba bym umarła, jakby się okazało, że spłonął – zachlipała, po czym ją puściła i wróciła do mnie. – Miałeś szczęście. Wracajmy. Masz może werbenę? – wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem czy nie wypadła – wadera wzruszyła ramionami.
- Nie ważne. Znajdziemy po drodze. Chodźmy – kiedy już mieliśmy iść, usłyszałem ciche uderzenie, jakby coś upadło na ziemie. Zatrzymałem się i zapytałem Pandory, co to było.
- Twoja koleżanka zemdlała. Jak pozbyliście się ognia? – opowiedziałem jej o współpracy i ugaszeniu płomieni. – Musiała sporo energii zużyć. Pomożesz mi ją zanieść do jaskini? – pokiwałem łbem i podszedłem do leżącej samicy. Pandora pomogła mi wciągnąć ją na plecy. – Tylko skrzydeł jej nie podepcz.
- Nie zauważy jak coś – samica udała, że tego nie usłyszała, po czym skierowaliśmy się w stronę jaskini. Dotarliśmy do niej, nim słońce całkowicie ukryło się za horyzontem. Położyłem Antille na środku pomieszczenia i oddałem w łapy Pandory. Sam zaś wyszedłem na zewnątrz i usiadłem przed jaskinią, wciągając do płuc powietrze. W dalszym ciągu wyczuwałem spalone drzewa i trawę, ta woń unosiła się w powietrzu i prawdopodobnie zniknie dopiero, kiedy przyjdzie deszcz. Co mogło wywołać pożar? Tym bardziej, kiedy jeszcze śnieg do końca nie stopniał? Ktoś musiał go podpalić, przypadkiem lub specjalnie. „To nie moja sprawa”, pomyślałem i się położyłem.
czwartek, 10 czerwca 2021
Od Antilli Cd. Yareena ,,Śnieżny Onyx''
Nagle coś mnie tchnęło.
Obróciłam się i rozejrzałam za białym futrem nowo poznanego basiora, Yareena.
Zamiast tego zobaczyłam gęsty dym w oddali i pomarańczową aurę oblewającą korony pobliskich drzew.
– Nie… – szepnęłam. I ruszyłam wprost w kierunku serca pożaru lasu Lyskkog.
Pierwsze metry przebyłam pieszo, lecz czułam, jak ciepło mnie obezwładnia. Wtedy skorzystałam ze swoich skrzydeł – rozłożyłam je i szybko wzniosłam się ku niebu, uciekając od niszczycielskiego ognia. Jako wilk wody nie miałam ochoty na bliskie spotkanie z przeciwnym żywiołem, który właśnie szalał po zaczarowanej puszczy. Byłam po stronie żywiołu, który dosłownie paruje w obecności swojego przeciwnika. Ciepłe powietrze unoszące się znad kniei pozwalało mi na lot szybowniczy, lecz gryzący dym utrudniał oddychanie. Zaniosłam się kaszlem, po czym zakryłam pysk łapami, łudząc się, że to da jakiś efekt. Dało, ale niewielki.
Oczy coraz bardziej szczypały i łzawiły, ale nadal rozglądałam się za niewidomym wilkiem. Martwiłam się o niego, zwłaszcza że pożar coraz szybciej się rozprzestrzeniał. Kątem oka zobaczyłam garstkę, prawdopodobnie, ostatnich mieszkańców lasu. Była to para szlachetnych jednorożców. Ich śnieżnobiała sierść lśniła złotym i bursztynowym blaskiem a ich lśniące kopyta rozchlapywały błoto na boki, brudząc ich nieskazitelny wygląd. Lecz nie one mnie interesowały, tylko inne stworzenie o białej sierści.
Nagle go dostrzegłam, jak siłował się z gałęzią zaczepioną o jego torbę pełną leczniczych ziół.
Zniżyłam lot, kiedy gałąź przegrała pojedynek z basiorem, oddając mu jego pakunek. Kiedy tylko dotknęłam ziemi, wilk wpadł na mnie, po czym oboje zrobiliśmy fikołka i uderzyliśmy w gruby pień dębu. Wstałam powoli, kręcąc głową, chcąc się pozbyć mroczków sprzed oczu.
– To ty? – zapytał niepewny, wstając powoli. Mimo że jego oczy nie widziały, widać było w nich strach. Nie byłam zdziwiona, ponieważ ogień zatoczył wokół nas niebezpieczny pierścień. Ja mogłam spokojnie odlecieć, ale Yareen nie miał takiej możliwości. A przynajmniej tak myślałam, ponieważ mógł on opanować pewną zdolność unoszenia go nad ziemią, skoro jego żywiołem jest powietrze...
”Nie zostawię go po raz drugi” – obiecałam sobie.
– Tak, to ja – Antilia.
Podszedł do mnie bliżej, zupełnie jakby czuł zbliżające się jęzory ognia. Robiło się coraz cieplej a dym coraz mnie dusił. Mój towarzysz również zakaszlał. ”Niedobrze…” – pomyślałam, gorączkowo myśląc co zrobić.
Nagle do głowy wpadł mi pomysł. Niebezpieczny i być może się nie uda. Ale muszę spróbować…
– Mam pewien plan. I będziesz musiał mi pomóc… – zaczęłam niepewnie, lecz kiedy zobaczyłam, jak szybko płomienie pożerają wiekowe dęby i drobne, leśne poszycie. Zadrżałam, lecz nie z zimna. Gdybym chciała, dodałabym, że ciepła mam teraz pod dostatkiem, ale nie miałam ochoty na czarny humor.
– Co mam zrobić? – zapytał śnieżnobiały wilk. Pokrótce opowiedziałam mu swój pomysł. W odpowiedzi powiedział, że ma szansę to się udać. ”Szansa to słowo klucz... ” – pomyślałam, gorzko. Lecz przystąpiłam do wykonania swojego planu.
Zamknęłam oczy i oczami wyobraźni przywołałam obraz pobliskich jezior, strumyków i rzek. Wyobraziłam sobie, jak życiodajna ciecz, miejscami nadal przykryta warstwą lodu, zaczyna lewitować, tworząc dużą bańkę wody. Bańka ta zaczęła przemierzać okolicę, lecąc pchana siłą wiatru w wyznaczonym przeze mnie oraz Yareena kierunku. Mocniej zacisnęłam powieki i wbiłam pazury w ziemię, czując jak ogień coraz szybciej się zbliża a moje siły magiczne – maleją z każdym uderzeniem mojego serca. Jednak nadal nakazywałam magii przepływać przez moje ciało. Wiedziałam, że mocno przepłacę za to, ale wolałam ból głowy, który przytłumię odpowiednimi ziołami od ciężko gojących się oparzeń… Czułam, jak woda zbliża się coraz bardziej. Spłaszczyłam wodę, chcąc, aby okryła las niczym ciepły, puchaty koc.
I okryłam las wodnym kocem, który skutecznie stłumił trawiący las Lyskkog pożar,
Kiedy płomienie syczały, ginąc, ja upadłam na jedno kolano, ciężko oddychając. Skutki tego zaklęcia już zaczęły się pojawiać. Zacisnęłam zęby, starając się wygrać z silnym bólem głowy.
– Udało się… – powiedział cicho biały wilk.
– Tak – powiedziałam. Niespodziewanie mój nos wyczuł obcą woń. Pachniała ona ogniem i spalenizną ale nie pasowała do otoczenia lasu – woni palonego drewna ani mokrych liści. Tylko coś innego, obcego. Olśniło mnie. Kiedy chciałam powiedzieć Yareenowi, że las najprawdopodobniej został podpalony, za zgliszczy wyłoniła się nieznana mi wilczyca.
wtorek, 1 czerwca 2021
Od Yareena cd. Antilli „Śnieżny Onyx”
Usłyszałem dziwny dźwięk i cały las się nagle poruszył. Zwierzęta zaczęły uciekać w jednym kierunku, wiatr krążył między drzewami, poruszamy przez skrzydła ptaków. Przestałem rozróżniać gatunki, wszystkie istoty się ze sobą wymieszały i utworzyły jeden wielki tłum, kierujący się w jednym kierunku. Po chwili zgubiłem także swoją towarzyszkę, nie wiedziałem czy przestałem ją rozróżniać w tłumie, czy uciekła razem z nim. Ja stałem w miejscu, gdyż nie wiedziałem, co się dzieje. Powinienem uciekać, ale nie wiedziałem gdzie. Przez przemieszczanie się tylu istot, straciłem orientacje. Odsunąłem się do tyłu, aby nikt mnie nie staranował i starałem się „zobaczyć” co wywołało panikę. Przylgnąłem do ziemi, aby bardziej się skupić. Powietrze wędrowało między drzewami, gałęziami i liśćmi, omijało zwierzęta i w końcu poczułem uderzenie ciepła oraz charakterystyczny, żywiczny zapach. Im byłem bliżej źródła, czułem, jak całe moje ciało się ogrzewa. Było to złudne uczucie, równie dobrze mógłbym w rzeczywistości zamarzać. Kiedy powietrze dotknęło ognia, szybko się wycofałem, czując poparzenie. Podniosłem się i zauważyłem, że wszystkie zwierzęta już uciekły. Na nowo widziałem rośliny. Miałem zamiar się ewakuować, jednak poczułem ostry ruch przed sobą. Coś chaotycznie się poruszało i wierciło. Podszedłem do źródła ruchu i wyczułem jakieś małe zwierzę, które zaklinowało się pod wystającym korzeniem. Po zapachu stwierdziłem, że to młody borsuk.
Ogień się zbliżał. Czułem jego zbliżające się ciepło i ostry, duszący zapach, drapiący w gardło. Nie czekając dłużej, stanąłem tyłem do zwierzaka i wymierzyłem mu kopniaka tylną łapą. Dzięki temu wypchnąłem go ze szczeliny. Kontynuował ucieczkę, a ja ruszyłem za nim. Nie miałem pojęcia gdzie biegł, wystarczył mi fakt, że miałem za kim podążać, a przecież każdy z nich uciekał w bezpieczne miejsce.
Coś mną szarpnęło i się zatrzymałem. Torba zahaczyła o jakąś gałąź i wywaliła mnie na ziemie. Machnąłem parę razy łbem, aby odzyskać świadomość. Chwyciłem torbę w pysk i zacząłem ją zdejmować, przynajmniej próbowałem. Nie potrafiłem określić, jak ona się zahaczyła, z której strony, dlatego szarpałem nią na wszystkie strony. W końcu gałąź się połamała, a ja zgubiłem swojego borsuka, którego śledziłem.
- Świetnie, żebym jeszcze w ogień nie wbiegł – mruknąłem sam do siebie i zacząłem biec w jakimś kierunku. Wiedziałem jedynie, że to kierunek przeciwny od kierunku ognia. Jeśli miałbym teraz umrzeć, na pewno nie przez niego.
~ Chyba się zgubiłem w płonącym lesie Langvarig ~ wysłałem wiadomość do Pandory z nadzieją, że jest w jaskini. Miała dzisiaj robić jakieś leki, więc powinna tam być.
Nagle w kogoś uderzyłem.
niedziela, 18 kwietnia 2021
Od Antilli cd Yaarena "Śnieżny Onyks"
– No tak, przecież jest jeszcze zima… – przyznał, subtelnie śmiejąc się. Przekrzywiłam głowę, przyglądając się nieznajomemu wilkowi, który przedstawił się imieniem Yareen. Z pozoru niby zwykły basior o białym futrze oraz dużej posturze. Jednak coś mi nie dawało spokoju… Podeszłam powoli w jego stronę, ostrożnie stawiając kroki w mokrym, skrzypiącym puchu. Skierował swój łeb w moim kierunku ale wydawało się, że kieruje się słuchem a nie wzrokiem. Skupiłam się na jego oczach.
Oczy wilka wydawały się nieobecne i patrzyły gdzieś w dal, jakby widziały jakiś cudowny krajobraz. Poza tym ich kolor również mnie intrygowały – tęczówki oraz źrenice były błękitne niczym północne, bezchmurne niebo. W tej chwili pomyślałam, że jest on być może ślepy, co potwierdzały moje obserwacje. Nie ośmieliłam się jednak zapytać go o to na głos, ponieważ wydawało mi się to nie na miejscu.
– Niemniej jednak może w głębi lasu Lysskog będzie to zioło… – powiedziałam, odwracając się tyłem do wilka, po czym ruszyłam w głąb zaczarowanego lasu. Obejrzałam się za siebie, aby sprawdzić, czy basior podąża moim tropem. Szedł powoli, trzymając pewien dystans. Podobało mi się to, ponieważ nie wchodził w moją przestrzeń prywatną oraz, w razie potrzeby – skraca czas mojej reakcji na ewentualny atak ze strony Yareena. Nie wydawał się być wrogo nastawiony ale wolałam dmuchać na zimne. Mógł być uśpionym szpiegiem lub zabójcą… Czasami sama siebie uważałam za paranoiczkę ale tym razem mogłam mieć rację. Nawet jeśli udaje ślepego, to doskonale się maskuje oraz jest bardzo wiarygodny. Ostrożnie zerkałam na niego kątem oka, uważnie obserwując jego mowę ciała. Szedł za mną lecz jego nadal były takie… nieobecne. Kręcił głową, jakby widział wszystko dookoła ale jednak nie do końca…
"Zaczynam wariować…" – pomyślałam smętnie, schylając głowę przed zwalonym pniem dębu. Natura podległa bogini Innhild rządziła się własnymi prawami, które należy traktować z należytym szacunkiem dla Najwyższej Łowczyni oraz opiekunki flory i fauny. Niezależnie jednak czy inni czy ja sama uważam się za wariatkę, nadal będę chciała zachować czujność, niezależnie jak bardzo ekstrawagancko przy tym wyglądam. Szliśmy powoli wzdłuż dosyć dużego strumyka, szukając jaskółczego ziela. Nagle usłyszałam znajomy dźwięk – połączenie klekotania bociana z wysokim głosikiem słowika.
– Co to było? – zapytał Yareen. Chwilowo zapomniałam, że miałam towarzystwo ze sobą.
Przed nami pojawił się Fyod – jeden z Ånd zwanymi też duchami lasu. Jakiś czas temu spotkałam go w małych kłopotach. Pomogłam mu a Fyod w podziękowaniu podarował mi rzadkie ziele, którego właśnie potrzebowałam. Po tym spotkaniu udałam się do Agnara, aby dowiedzieć się nieco więcej o tych duchach. Wilk wytłumaczył mi kim są oraz jakie obowiązki pełnią wobec ochrony puszcz, które zamieszkują. Od tamtej pory, gdy wchodziłam na teren lasu Lysskog często przychodził się przywitać a czasami pomagał mi znaleźć odpowiednie rośliny. Nie za dobrze rozumiałam jego mowę, lecz wiem, że on doskonale zna nasz język. Tak przynajmniej twierdził Alfa. Fyod wyciągnął coś w rodzaju ręki w moim kierunku i potrząsnął moja prawą łapą na przywitanie.
– Nie ma czego się bać. To Ånd – duch broniący lasu przed intruzami – wyjaśniłam, kiedy przywitałam się z strażnikiem.
– Aha – Yareen podszedł powoli, wysoko unosząc pysk i węsząc w powietrzu. Zerwał się delikatny wietrzyk powodując u mnie dreszcz na grzbiecie.
– Przepraszam, nie chciałem… – powiedział basior a podmuchy powietrza ustały. – Moje oczy są ślepe ale jestem w stanie postrzegać świat przy pomocy mojego żywiołu.
– Jest nim powietrze, tak? – spytałam. "Czyli jednak jest ślepy…" – pomyślałam. Basior kiwnął głową na znak potwierdzenia. Spojrzałam na Ducha Lasu i spytałam go, czy zna on miejsce, gdzie rosną jeszcze jaskółcze ziela. Istota zbudowana z drewna oraz roślin wskazała swoją kończyną, kierując nas ścieżką na północny zachód. Podziękowałam, po czym zaczęłam podążać wskazaną przed Ånda drogą. Śnieżnobiały wilk nadal podążał za mną w milczeniu. Po kilku minutach znalazłam kępkę rośliny o żółtych kwiatach, tak jak mówił wilk.
– To chyba te ziele, którego szukałeś… – powiedziałam, podchodząc do ziela. Zebrałam je, chowając raz do swojej sakwy a raz do sakwy Yareena. Już miałam wziąć ostatni kwiat, kiedy usłyszałam kolejny dźwięk ze strony Duchów Lasu. Ten nie było sygnałem powitalnym lecz alarmującym. Nagle przed oczami przeleciał mi Fyod, biegnąc w stronę zachodniej części buszu a za nim gromadka leśnych zwierzątek – tych zwykłych jak i magicznych. Basior spojrzał na mnie z pytającym wyrazem pyska.
– Coś się dzieje z lasem – powiedziałam i ruszyłam za biegnącym stworzeniem.
(Yareen? Palimy jakąś trawkę? xD)
wtorek, 6 kwietnia 2021
Od Yareen'a Cd. Antilii ,,Śnieżny Onyx''
Użyłem znowu mocy, by znaleźć jakąś roślinę, kiedy wyczułem z jej pomocą jakieś zwierzę. Prawdopodobnie był to wilk, chociaż rozmiarem pasował mi też do roślinożercy. Ruszyłem w tamtą stronę z ciekawości, aż w końcu wyczułem delikatną woń wilka. Gdy byłem już wystarczająco blisko jegomościa, odezwałem się:
- Jesteś z tej watahy? – przez moment obca osoba się nie odzywała, przez co zacząłem wątpić, że ona tu była.
- Tak. A ty? – pokiwałem głową, kierując łeb w stronę jej głosu.
- Od jakichś dwóch dni.
- Jesteś tutaj na spacerze, czy…? – zadała kolejne pytanie.
- Szukam ziół – ogonem poruszyłem torbę, wiszącą z boku.
- Jesteś zielarzem?
- Można tak powiedzieć. Pomagam przyjaciółce, dołączyła razem ze mną – wyjaśniłem. – Tak właściwie, to się nie przedstawiłem. Yareen.
- Antilla – odparła samica.
- Nie wiem, czy znasz się na ziołach, ale nie widziałaś gdzieś może Jaskółczego ziela? Mały z żółtymi kwiatkami.
wtorek, 9 marca 2021
Od Antilii Do Kogoś "Śnieżny onyx"
Wiatr rzucił na mnie kolejną porcję śniegu, ponownie ograniczając widoczność terenu. Od kilku godzin walczyłam ze śnieżycą, która co chwilę próbowała zakopać mnie przy pomocy mokrego śniegu, którym ciągle we mnie rzucała. Ja natomiast stale się opierałam, starając się iść dalej. "Krok za krokiem" – powtarzałam sobie, walcząc sama ze sobą, by nie poddać się sile natury i po prostu nie zasnąć na zawsze w tym śniegu. Wyobraziłam sobie, jak moje zlodowaciałe szczątki roztapiają się na wiosnę. Albo po prostu na zawsze zostają lodową rzeźbą… Efekt jest jeden – jestem martwa. A ja czuję w przemarzniętych kościach, że to nie czas na spotkanie z Garmem – strażnikiem zaświatów. Tak więc od tych kilku godzin pomimo burzy szłam przed siebie, mając nadzieję, że niedługo znajdę jakieś schronienie lub nawet miejsce do osiedlenia się.
Od kilku miesięcy błąkam się po świecie, ponownie szukając swojego miejsca na świecie. Dlaczego ponownie? Ponieważ nie pamiętam swojego poprzedniego życia – rodziny, przyjaciół… Żadnych wspomnień związanych z moim poprzednim życiem. Lecz co ciekawe, nadal pamiętam sztuki uzdrawiające, co przez pewien czas traktowałam jako punkt zaczepienia do odzyskania pamięci, ale straciłam przez to tylko czas. Jakiś czas temu naszła mnie myśl, aby udać się w pewnym kierunku – idąc na południe, a następnie odbić na wschód. Kierowałam się w tamtym kierunku przy pomocy Słońca oraz gwiazd. Teraz jednak białe chmury śnieżne zasłoniły niebo, a przez padający śnieg zgubiłam orientację w terenie, który swoją drogą był prawie płaski. Czułam się jak na lodowej pustyni. Najbardziej obawiałam się tego, że kręcę się w kółko. Nie mogłam się o tym przekonać, ponieważ jak wcześniej wspomniałam, teren był płaski a ślady moich łap szybko były zacierane przez wyjący wiatr. Skrzydłami mocniej przytuliłam ciało, dziękując Vennowi, że je posiadam. Wiedziałam, że dzięki nim zyskałam niewiele czasu, ale zawsze to coś. "Więcej czasu na myślenie jak nie zginąć" – pomyślałam ponuro. Krok za krokiem, oddech za oddechem. "I byle do przodu" – powtarzałam sobie.
Nagle zza białej, mglistej kurtyny zaczął majaczyć się jakiś kształt. Z iskierką nadziei w sercu podeszłam do, jak się okazało, jakiegoś kamienia. Wola bogów mi sprzyjała, ponieważ pod kamieniem była wystarczająco duża przestrzeń, bym zdołała wejść. Przypomniał mi się tamten dzień – gdy obudziłam się odarta ze wspomnień. Wtedy znalazłam podobne schronienie, lecz była to lodowa iglica, a nie ogromny kamień.
– Naszło mnie na wspomnienia… – prychnęłam na głos, słysząc po raz pierwszy swój głos od dłuższego czasu. Był szorstki i wypełniony zmęczeniem. Kamień był otoczony po bokach innymi, mniejszymi głazami, przypominając mi jeden z wynalazków ludzi, którego nazwy zapomniałam… Miałam szczęście, ponieważ głaz był ustawiony w takim kierunku, że stanowił on moją osłonę przeciwko wiatrowi. Położyłam się na chłodnej ziemi, wsłuchując się w rytm szalejącej burzy. Czułam jej siłę i swego rodzaju determinację. Cieszyłam się, że miałam wystarczająco dużo siły, żeby oprzeć się tejże śnieżycy.
Skuliłam się bardziej, powoli rozkładając przemarznięte skrzydła, okrywając się nimi, podejmując próbę ogrzania się. W głębi ducha płakałam ze szczęścia, że udało mi się znaleźć schronienie, ponieważ czułam, że mój organizm był na krawędzi wytrzymałości. Pozwoliłam sobie na słaby, cichy śmiech radości, po czym zaczęłam masować swoje nogi, chcąc pobudzić krążenie w kończynach. Czułam charakterystyczne drętwienie, które pojawiało się, gdy za długo byłam na mrozie. Mimowolnie zaczęłam wspominać miejsce, które jeszcze kilka dni temu można było nazwać czymś w rodzaju domu. Ponad miesiąc temu znalazłam jaskinie niedaleko terenów ludzi i tam się osiadłam. Było spokojnie, polowałam na zwierzęta hodowane przez te dziwne, dwunożne istoty. Pewnego dnia zrobiłam jakiś błąd, chociaż do tej pory nie jestem pewna, jaki dokładnie… Jednak ludzie zastawili pułapkę na wilka, który zabija im zwierzęta, w którą niestety wpadłam. Cudem udało mi się uciec z miejsca, w którym mnie uwięzili, kilka dni temu. Teraz ponownie poszukuję miejsca do osiedlenia się. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam…
Obudziłam się jakiś czas później. Burza śnieżna zdążyła już minąć, a ja mogłam rozejrzeć się gdzie dokładnie się znalazłam. Teren naprawdę był płaski, nie licząc kilku głazów narzutowych rozsianych w różnej odległości od siebie nawzajem. Delikatne promienie słońca tańczyły na zmarzniętym śniegu, tworząc festiwal barw. Ostrożnie postawiłam łapę na śniegu, czekając, aż cienka warstwa lodu złamie się pod wpływem ciężaru mojego ciała, a noga zanurzy się w zimnym śniegu. Rozłożyłam skrzydła, chcąc rozruszać znajdujące się w nich kości, a następnie uderzyłam nimi o powietrze, budząc je do życia. Wzięłam głęboki wdech zimnego powietrza, a po chwili odetchnęłam. Okolica była ładna, lecz czułam się tutaj… nieswojo. Nie mogłam pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, jakby ktoś mnie obserwował. Powoli obejrzałam się za siebie, chcąc się upewnić, że jestem sama. Niestety tak nie było.
Za mną siedział duży, kruczoczarny basior. Emanował on pewnością siebie, ale nie puszył się. Biła również od niego coś w rodzaju aury przywódcy… Chwilę siedział on na głazie, pod którym wcześniej się ukrywał, a potem zeskoczył na śnieg, zmniejszając dzielącą nas odległość. Okrążył mnie, a następnie usiadł naprzeciwko, dokładnie mi się przyglądając. Ja również bacznie obserwowałam każdy jego ruch, analizując swoją sytuację. Dzięki tej drzemce miałam więcej siły niż kilka godzin wcześniej, ale na tego wilka raczej to nie wystarczy… Był dużo większy ode mnie i śmiało prezentował swoje muskuły, sygnalizując, że nie ma co próbować walki wręcz. Przez kilka ostatnich miesięcy zdążyłam się nauczyć, że oprócz siły mięśni liczy się także spryt oraz zwinność… Nagle czarny niczym noc wilk zadał pytanie.
– Kim jesteś? – spytał zimny, obojętnym tonem głosu. Przez chwilę milczałam, sprawdzając jego cierpliwość. Bardzo ryzykowne, ale musiałam się upewnić, z tym nie jest porywczy. Na moje szczęście nie jest.
– Mogłabym zapytać Cię o to samo… – odpowiedziałam tym samym głosem co on.
– Damy mają pierwszeństwo – odparł. "Niech to!" – przeklęłam w myślach. Wzdychnęłam przed odpowiedzią.
– Antilia – przedstawiłam się i uniosłam brew, czekając na poznanie imię wilka.
– Miło mi. – Po krótkiej chwili dodał: – Agnar.
– Mi również – odpowiedziałam nieco cieplejszym głosem. Angar lekko uniósł kąciki ust, lecz jego oczy nadal uważnie mnie obserwowały. Sprawiał wrażenie przyjaznego, ale wiedziałam, że gdy tylko zauważy jeden niewłaściwy ruch z mojej strony, bez wahania zaatakuje. "Sama bym zrobiła podobnie" – pomyślałam mimochodem.
– Jeśli mogę zapytać… Co tutaj robisz? – zapytał wilk.
– Przechodzę – odpowiedziałam szczerze. Nie było sensu kłamać, a poza tym nie miałam pomysłu na kłamstwo. Basior przyglądał mi się dłuższą chwilę, po czym odezwał się swoim głębokim głosem.
– Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz i nie jesteś czyimś szpiegiem?
– Ponieważ nie masz innego wyboru jak uwierzyć mi. Poza tym nie mam dla kogo szpiegować, ponieważ nie należę do żadnej watahy.
– Samotniczka? – spytał zaciekawiony Agnar. To pytanie postanowiłam przemilczeć, co nie uszło jego uwadze. Uniósł pytająco brew.
– Im mniej ktoś o mnie wie, tym mniej mnie zaboli jego zdrada – powiedziałam obojętnym głosem, patrząc mu w oczy.
– Rozumiem… – powiedział to jakby bardziej do siebie niż do mnie. – To bardzo rozsądne podejście – pochwalił.
– Dziękuję… – odpowiedziałam, spuszczając wzrok i oglądając się, gdzie mogę iść… Nagle jedna z nóg ugięła się pode mną, co zaskoczyło zarówno mnie jak i Agnara. Szybko jednak stanęłam na równe nogi. Nie lubię okazywać słabości, a zwłaszcza przed dużym basiorem, który zdecydowanie nade mną góruje.
– Wszystko w porządku? – zapytał lekko zaniepokojony czarny wilk.
– Tak, tak… – wymamrotałam. – Chyba już pójdę… – I bez pożegnania odwróciłam się, chcąc, idąc w swoją stronę. Ale nagle zatrzymałam się. Coś mi nie pozwalało mi zrobić kolejnego kroku. Poczułam coś w sercu, coś w rodzaju… spokoju, ciepła. Nie umiem tego określić, ale właśnie to nie pozwalało mi odejść. Jakby chciało coś mi powiedzieć. Rozejrzałam się po otaczającym mnie krajobrazie i nagle zamiast pustej, białej przestrzeni zobaczyłam łąki pełne kwiatów oraz kilka stad saren… Mruknęłam a kolorowa wizja zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Zaczęłam wsłuchiwać się w głos serca, który w końcu został dopuszczony. Powtarzał jedno – dom. Kiedy to usłyszałam, zauważyłam jedną rzecz. Stojąc tutaj, w pobliżu tego czarnego basiora czułam się swobodnie i stabilnie… Bez strachu, bez uciążliwego uczucia nieswojości, bez potrzeby szukania tego czegoś…
Jakbym znalazła jeden z zaginionych fragmentów mojego życia.
Odwróciłam się a Agnar cierpliwie czekał, siedząc na śniegu i obserwując mnie. Jakby dawał mi czas do namysłu. Przyznam szczerze, że intrygował mnie ten basior… Podeszłam powoli do niego i również usiadłam.
– Należysz do jakiegoś stada? – zapytałam bez zbędnych ogródek.
– Tak. Do Klanu Wilczej Paszczy.
– Znasz alfę?
– Oczywiście – odpowiadał cierpliwie na moje pytania Agnar.
– Zaprowadzisz mnie do niej? Albo do niego?
– Jasne – powiedział wilk, po czym wstał, okręcił się i ponownie usiadł przede mną, mówiąc: – Ja jestem alfą Klanu Wilczej Paszczy – powiedział tym samym cierpliwym głosem kiedy odpowiadał, bez żadnego wywyższania się czy innych dodatków mających pokazanie różnicy między przywódcą a zwykłym wilkiem. Nie wyczułam również złośliwości lub sakrazmu a jedynie "Już go lubię…" – pomyślałam.
– Czy przyjmiesz ten kamień jako moją ofiarę w zamian do dołączenia do Twojego klanu? – Znałam tradycję, jaka obowiązywała podczas dołączania do wilczego stada – należało ofiarować przywódczyni odpowiedni dar, aby mógł zaakceptować nasze członkostwo. Jakiś czas temu znalazłam dziwny czarny kamień, z którego biła jakaś niezrozumiała dla mnie magia. Wiedziałam jednak, że ten kamień może mi się kiedyś przydać więc kiedy znalazłam odpowiednie materiały i zrobiłam coś, co ludzie nosili na swoich szyjach. Nie podobało mi się to, ponieważ upodabniałam się do tych odrażających stworów, ale nie miałam ochoty trzymać go cały czas w łapie czy w pysku. Poza tym czułam, że muszę wziąć ten kamień. Tak więc została mi jedyna opcja, która wtedy przychodziła mi do głowy – zawieszenie tego kamienia na mojej szyi. Tak więc zdjęłam kamień z szyi, a następnie położyłam go na wystawionej łapie Agnara. Ten przyglądał się kamieniowi w taki sposób, jakby rozumiał, co on do niego mówi. W końcu zacisnął łapę i położył łapę na śniegu.
– Ten kamień w zupełności wystarczy jako ofiara – powiedział Agnar, patrząc na mnie z zadowoleniem w oczach. Cieszę się, że kamień, który mu ofiarowałam, spodobał mu się. Czuję, że ten kamień był właśnie jemu przeznaczony. Przez chwilę pomyślałam, że Framtid chyba ułożyła dla mnie przeznaczenie…
– Chodźmy – powiedziała alfa, wyrywając mnie z mojego transu przemyśleń. – Pokażę Ci gdzie mieszkamy, a potem pójdziemy po jedzenie.
Burczący odgłos mojego żołądka oznaczał, że wypadałoby coś zjeść, o ile chcę jeszcze chodzić po tym świecie… Ruszyłam za Agnarem, który prowadził mnie w nieznanym dla mnie kierunku. On natomiast pewnie stawiał krok, sprawiając wrażenie, jakby tutaj się urodził… To bardzo prawdopodobne. Emanował on swoją aurą, ale nie czułam się przyćmiona. Przez pewien czas prowadził mnie przez to pustkowie. W końcu postanowiłam zapytać, gdzie jesteśmy.
– To są Zielone Błonia. Tutaj, gdy nie mamy zimy, polujemy, choć czasami jest to trudne.
Rozejrzałam się i nadal widziałam płaski krajobraz przykryty grubą warstwą białego puchu.
– Nie dziwię się… – powiedziałam zamyślony tonem. Z każdym krokiem czułam się coraz gorzej, odczuwając skutki długotrwałego głodu. Jednak nadal udawało mi się utrzymać pozory, choć obawiałam się, że długo tak nie pociągnę.
– Wolisz jaskinię czy norę? – zapytał basior, przerywając dziwną ciszę zagłuszaną przez wiejący wiatr. Prąd powietrza porwał jego głos, niosąc go dalej.
– Jaskinię – odpowiedziałam, zastanawiając się, kto chciałby mieszkać w norze. Z jednej strony można czasami powiększyć swoje małe "mieszkanko" jednak może się one okazać niestabilne… Poza tym sama mieszkałam przez kilka dni w norze, lecz ciągle mi ją zalewało, tak więc musiałam szukać nowego lokum… Tak więc wolę litą, twardą skałę.
– Dobrze, bo będziemy mieli mniej drogi, a widzę, że nie jesteś w najlepszej formie…
– Aż tak bardzo to widać? – zapytałam, będąc ciekawa jak bardzo widać osłabienie mojego organizmu.
– Na pierwszy rzut oka prawie nic nie widać, ale jak się przyjrzeć to można dostrzec kilka szczegółów… – odparł Agnar spokojnym głosem. Nadal jednak obserwował, ale nie tak uważnie jak na samym początku naszego spotkania. Ja równie bacznie mu się przyglądałam, ponieważ pierwsze wrażenie jest ważne, ale nie pokazuje całej osobowości wilka. Gdy powiedział, że jest alfą, jego zachowanie nabrało sensu. Na jego terenie pojawił się obcy i teraz musi sprawdzić, czy nie stanowię zagrożenia dla jego stada.
Po kilkunastu minutach, które dla mnie były całą wiecznością, dostaliśmy do jaskiń, które znajdowały się w górach w północnej części lasu Langvarig. Nory natomiast były nieco dalej, bardziej we wschodniej części lasu. W trakcie wędrówki Agnar upewnił się w kwestii mojej decyzji wyboru miejsca do mieszkania. Ja pozostałam przy swoim wyborze. Obejrzałam jaskinię, która okazała się dla mnie idealna, ponieważ okazało się, że w środku biło niewielkie źródełko. Bardzo mnie ucieszyło, ponieważ uwielbiałam dźwięk wody, a jej obecność koiła moją zmęczoną duszę.
– Skąd wiedziałeś, że jestem wilkiem wody, a nie lodu? – Wyszłam na zewnątrz, gdzie czekał na mnie Agnar.
– Nie byłem pewien, ale kiedy byliśmy na Błoniach, mogłabyś stworzyć jakieś lodowe szpikulce czy coś… – przyznał szczerze.
"Bystry jest…" – pomyślałam.
– Dziękuję bardzo – powiedziałam po dłuższej chwili. Czarny wilk kiwnął głową na znak akceptacji podziękowań.
– Chodźmy, pokażę ci, gdzie trzymamy zapasy – powiedziała alfa i ponownie zaczął mnie prowadzić. Gdy to usłyszałam, w pierwszej chwili chciałam zaprotestować, a potem usiąść, po czym powiedzieć, że już nie dam rady. Jednak po przemyśleniu ruszyłam bez słowa za przewodnikiem, czując rosnące zmęczenie. Jednak myśl jedzenia utrzymywała moje ciało trzeźwe. Po krótkim czasie znaleźliśmy się w dużej przestronnej norze, w której znajdowały się zapasy nie tylko na zimę. Dostałam kilka grubszych pasków dziczyzny. Wprawdzie chciałam zjeść więcej, ale wiedziałam, że zjedzenie dużego posiłku po dłuższej głodówce może źle się skończyć.
– Odprowadzić cię? – zapytał Agnar gdy wyszliśmy na powierzchnię.
– Dojdę sama, dzięk… – Chciałam się wymigać, lecz basior mi przerwał.
– Nalegam – Nie powiedział tego ani lodowatym, ani twardym głosem, lecz takim, który nie chciał słyszeć sprzeciwu.
Ustąpiłam, pozwalając, by czarny niczym noc wilk, znów mi towarzyszył. Nie, żebym była o to na niego zła, lecz czułam się, jakbym była szczeniakiem wymagającym ciągłej opieki. Byłam lekko zirytowana, jednakże sądziłam, że boi się, abym po prostu nie zeszła mu na tym śniegu. Nie wiem, czy to z troski o mnie, czy o niechęć woleć sprzątania zwłok… "Ja i mój czarny humor…" – parsknęłam w duchu.
Dotarliśmy do mojej jaskini, gdzie jeszcze chwilę porozmawiałam z alfą Klanu. Agnar zapytał, czym mogłabym się zająć w jego stadzie. Zaproponowałam, że mogę zostać uzdrowicielką, na co wilk zgodził się, jednak uprzedził, że nie ma na razie zielarza, tak więc sama będę musiała zająć się zbieraniem ziół. Przedstawił mi również drogę do Skały Alf, gdzie mieszka.
– Okej… Czy coś jeszcze chcesz omówić? – spytałam na koniec, marząc o drzemce w ciepłym, suchym miejscu.
– Tak. Wypocznij – Basior uśmiechnął się na do widzenia i ruszył w swoją drogę.
Ja natomiast poszłam spać.
~*~*~*~*~*~
Od tego czasu minął jakiś tydzień. Udało mi się zapoznać z większością terenów Klanu, tak więc można powiedzieć, że się zadomowiłam. Leciałam teraz nad jednym z biegów rzeki Isfjell, kierując się do magicznego lasu Lysskog, mając nadzieję, że dzisiaj znajdę jakieś zioła. W głębi duszy miałam nadzieję, że niedługo pojawi się zielarz w naszym stadzie, ponieważ ostatnim razem o mało nie pomyliłam trującej rośliny z magicznym ziołem. Westchnęłam, zaciągając się zimowym powietrzem. Pogoda dopisywała, tak więc mogłam spokojnie pozwolić sobie na szybki lot tam i z powrotem. Wiatru praktycznie nie było, tak więc nie minął moment, a ja już byłam niedaleko lasu. Delikatnie wylądowałam na zamarzniętej ziemi, uważając, aby się nie przewrócić na śliskim gruncie. Powoli stawiałam łapy, wbijając pazury w cienki lód, by móc spokojnie przejść niebezpieczny kawałek. Już cieszyłam się kiedy zbliżała się do lasu, lecz nagle przez mój grzbiet przeszedł dreszcz.
"Nie jestem tutaj sama…" – pomyślałam, wyczuwając obecność jakiegoś wilka. Nie wiedziałam, czy to jest Agnar, ponieważ nie poznałam go na tyle, aby zapamiętać jego zapach. Tak więc pytanie brzmi czy to swój, czy to obcy…
(Kto, co gdzie i jak? Wiem że nie mam dużego wyboru ale yolo xD)