Pora roku:

Pora roku: Początek Zimy.
Jeśli śnieg utrzymuje się dłużej niż kilka dni, możemy zacząć mówić o początku zimy. Temperatura powietrza jest coraz niższa, należy uważać na poranne przymrozki. Cienka warstwa śniegu przyjemnie skrzypi na każdym kroku lecz aura nie zachęca do wyjścia – cały czas jest pochmurnie i pada, czy to deszcz czy to śnieg. Życie w lesie zamarło na czas zimy – jedynie kilka gatunków zwierząt, nie udających się w cieplejsze rejony, zostały wśród gołych drzew, żyjąc jak gdyby nigdy nic. Nawet niektóre niebezpieczne stworzenia, nawet te z Djevelskogu, ograniczyły swoją aktywność, co nie znaczy, że należy tracić czujność. Nie zaleca się wycieczki w wysokie góry, nawet skrzydlatym wilkom, ze względu na ryzyko zejścia lawiny i silne, północne fronty powietrza niosące masę zimnego powietrza.

Menu pionowe i populacja (na samym dole)

Informacje
Oficjalna data otwarcia: 08.03.2021

POPULACJA: 9
W tym NPC: 3

Wadery (♀): 5
Basiory (♂): 4
Szczenięta: 0

LICZBA ZMARŁYCH WILKÓW: 0
LICZBA PAR: 0

Następne postarzenie: 21-23.02.22
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauka to potęgi klucz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauka to potęgi klucz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 września 2021

Brak komentarzy

Od Akosa cd. Ùrfearn "Nauka to potęgi klucz"

Siedziałem, patrząc jak klatka piersiowa Úrfearn delikatnie unosi się a po chwili opada w świszczącym oddechu. Moja uczennica nadal leżała nieprzytomna w jaskini uzdrowicielki. Antilia nie wracała od kilku godzin, co mnie lekko niepokoiło, jednak wiedziałem, że wilczyca jest zaradna i wie co robi. Usłyszałem, jak deszcz zaczął dudnić o litą skałę, początkowo delikatnie, lecz rytm przybierał na szybkości i sile, co przerodziło się w ulewę. Wstałem, ciągle patrząc na Úr, nadal przysięgając jej, że dokonam zemsty na tym złotookim potworze, który chciał ją zabić. Wyszedłem, stojąc przy ostatnim skrawku zadaszenia jaskini. Ciemne, stalowoszare chmury toczyły się leniwie przez nasze tereny, zrzucając z siebie ciężar, sprowadzając na ziemię deszcz. Usiadłem, wpatrując się w ciężkie krople wody, ostro lądujące na ziemi. Powoli wkroczyliśmy w ostatnie dni jesieni więc zaraz przyjdzie zima. Pory roku bardzo szybko zmieniały się, sprawiając wrażenie, że za kolejne trzy tygodnie spadnie śnieg lub zostanie on roztopiony pod wpływem pierwszych wiosennych promieni słonecznych. Nasi przodkowie jednak zdolali się przyzwyczać do takich częstych zmian pór roku, które nastąpiło po stworzeniu nowego świata, w którym obecnie żyjemy i my.

Byłem tak pochłonięty swoimi wspomnieniami opowiadań swojego dziadka, że nie zauważyłem nadchodzącej uzdrowicielki. Jej białe futro było przemoczone do suchej nitki, przez co wyglądała na nieco chudszą niż normalnie. Rozłożone skrzydła ciągnęła po mokrej ziemi, przez co jej kolorowe pióra przybrały brunatny odcień. Miała na sobie skórzane torby, które trzymała pod skrzydłami, chcąc najpewniej uchronić ich zawartość przed zmoknięciem.
– Akosie, pomożesz mi? – zapytała głośniej, zadając to samo pytanie drugi raz. Jej głos wyrwał mnie z transu.
– Jasne, oczywiście… – powiedziałem i szybko podbiegłem, biorąc jej bagaż. Był nieco ciężki ale starałem się nie poznać tego po sobie. Gdy znaleźliśmy się w suchej jaskini otrzepałem się natomiast Antilia zrobiła coś, czego się nie spodziewałem, choć po chwili zrozumiałem sens jej czynu. Skrzydlata wadera użyła swojego żywiołu, by, tak jakby, osuszyć się z wody, po czym stworzyła bańkę, w której została zamknięta woda pobrana jej futra i piór, po czym odesłała bańkę na zewnątrz, zasilając pewnie jakiś strumyk czy inną rzeczkę, dziękując Egirowi za obecność tego żywiołu w naszym świecie. Gdy zakończyła swój rytuał, wzięła ode mnie swój pakunek i zaczęła w nim grzebać. Zauważyłem kilka kawałków suszonego mięsa, na którego widok poczułem ścisk w brzuszku. Uśmiechnęła się, zupełnie jakby czytała mi w myślach. Podała mi duży kawałek mięsa, życząc smacznego. Szybko pochłonąłem jeleni udziec, bo tym była podana porcja mięsa.
– Pomyślałam, że chętnie coś zjesz dlatego wzięłam więcej mięsa… – powiedziała Antilia, powoli zajadając się swoją porcją.
– Dziękuję bardzo – podziękowałem szczerze. An jest jedną z najstarszych członkiń mojego klanu, ba – jedną z pierwszych. Nadal jednak niewiele wiem o niej oraz jej historii…
Podobnie jak z Yrsą… – pomyślałem, zastanawiając się gdzie teraz jest i co robi. Jakiś czas temu widząca oznajmiła mi, że musi wybrać się w pewną podróż. Samotnie. Z początku chciałem zaproponować jej swoje towarzystwo, lecz kategorycznie odmówiła, argumentując, że sama musi udać się w tą wędrówkę a ja jestem samcem Alfa tego klanu. Dodała też, że zrzucanie odpowiedzialności na moją siostrę byłoby nieodpowiedzialnym posunięciem. Tęskniłem za nią oraz martwiłem się, ponieważ długo nie wracała… Jednak pomimo tego zmartwienia wierzyłem w jej siłę oraz wiedzę.
Zamrugałem, wracając do rzeczywistości, kiedy piorun uderzył w ziemię niedaleko nas a huk rozdarcia powietrza wiązką energii rozległ się po okolicy.
Wpatrywałem się w szare niebo, myśląc o swojej ukochanej (nie wyznałem jej miłości, jest na to zdecydowanie za wcześnie) oraz myśląc, gdzie te zdradzieckie żmije się pochowały. Szybko o was nie zapomnę… – poprzysiągłem, mając przed oczami wspomnienie, gdzie ojczym Úrfearn spycha ją ze skalnej półki, by zabić ją.
– Wszystko w porządku? – zapytała Antilia, po chwili dodając: – Wyglądasz na zmartwionego… – Biała wilczyca podeszła do mnie i usiadła obok.
– W porządku, tylko… – Zrobiłem przerwę, myśląc co powiedzieć. – Martwię się o Úrfearn oraz myślę, co zrobić z tymi wilkami…
– Prawo klanu zabrania rozlewania krwi ale pomiędzy jego członkami – powiedziała na głos jedno z praw, jakie panowało wśród mojej rodziny od wieków. – ...lecz nie są to nasze wilki. Nie wiem czy można respektować nasze prawo wobec nich. Prawda…? – Wadera spojrzała na mnie a deszcz nadal bębnił o łysiejące konary drzew i gołe skały.
Milczałem, myśląc nad odpowiedzią. W końcu odpowiedziałem:
– Nie wiem jaka spotka ich kara, ale jedno jest pewne – sprawiedliwość ich nie ominie… – przysiągłem, prosząc w duchu boga zemsty o siłę.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Od tego momentu minęły dwa dni a moja uczennica nadal była nieprzytomna. Antilia twierdziła, że balansuje ona na granicy życia i śmierci. Codziennie kilka razy odwiedzała zielarza lub ona ją (głównie Pandora przychodziła do jaskini uzdrowicielki) aby przygotować nową porcję lekarstw dla Úrfearn. Ciało Wrzosowej Olchy osłabło, lecz nie poddawało się. Łudziłem się, że w pewnym momencie otworzy swoje lawendowe oczy, lecz nic takiego się nie działo. Widziałem, jak nadzieja również opuszcza naszą uzdrowicielkę, aż w pewnym momencie…
– Wiem, co może pomóc Úrfearn, lecz jest to prawie niemożliwe…
– Mów – powiedziałem władczym tonem, czując, jak mój puls przyspiesza.
Biała wilczyca przez chwilę wahała się, lecz po chwili zaczęła opowiadać.
– Znam pewną legendę, która opowiada o pewnych kwiatach rosnącym na Dalekiej Północy, którego Framtid bardzo pragnie. Podobno to miał być prezent od jej męża, Skolla – boga Słońca, który chciał jej podarować piękny, ziemski kwiat, który stworzył z Łez Słońca… – przerwała na chwilę. Spojrzała mi w oczy. – Gdy uzdrowiciel złoży go w ofierze, bogini Losu może uzdrowić ciężko chorego wilka, którym opiekował się uzdrowiciel.
Gdy usłyszałem ostatnie zdanie, myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi. Jest nadzieja na uratowanie Úrfearn! W mojej głowie pojawiło się milion pytań oraz planów podróży.
– Wiesz, gdzie dokładnie są te kwiaty? Masz jakieś wskazówki? Informacje? – Zasypywałem pytaniami Antilię. Ta podniosła łapę, bym zwolnił. Uszanowałem jej prośbę i umilkłem, czekając na odpowiedź ze strony wilczycy.
Po chwili zaczęła recytować:
Gdy Słońce skrywa swe ogniste spojrzenie, kiedy noc zmienia złoty karmazyn w szarość, ostatni raz spogląda przez lodowy pryzmat na dar stworzony ze swych łez.
Zacząłem analizować wierszyk.
– Zgaduję, że chodzi o Daleką Północ… I pewnie chodzi tutaj o zachód słońca.
– Najprawdopodobniej tak jest, choć było wielu śmiałków, którzy postanowili sprawdzić ten trop. Niewielu wróciło żywych, a ci, którzy wytrwali, umierali z powodu odmrożeń i ich powikłań kilka tygodni potem – powiedziała An, podchodząc do śpiącego szarego szczeniaka, by podać nową porcję lekarstw. Ja natomiast myślałem co zrobić… Wybrać się samemu w podróż czy wysłać innego wilka? Rozważałem swoją decyzję, zastanawiając się czy Isobel zastąpi mnie przez kilka dni… Myślałem też, aby wysłać kilka wilków na poszukiwania za złotookim szarym basiorem oraz przysłać jednego na straż, aby strzegł Úrfearn oraz ewentualnie pomóc Antilii…
Postanowione.
Wysłałem siostrze telepatyczną wiadomość, zastanawiając się jak bardzo będzie mnie przeklinać w wiadomości zwrotnej.
– Antilio, wiesz coś więcej na temat tego kwiatu?
Uzdrowicielka przekazała mi kilka suchych informacji, na koniec pytając:
– Chcesz osobiście – to słowo specjalnie nacisnęła, dodatkowo marszcząc brwi – udać się po ten kwiat? Przytaknąłem.
– Zgaduję, że nawet Isobel nie odciągnie cię od tego pomysłu…
– Úrfearn jest dla mnie jak… – Nie byłem w stanie dokończyć. Mimo, że od śmierci Iossy minęło tyle czasu, ból nadal wydawał się świeży i ostry. Uzdrowicielka milczała, czując, co mnie dręczy. Wiem, że sama nie ma rodziny, bo po prostu jej nie pamięta; wiem, ponieważ przypadkowo się o tym wygadała i poprosiła, abym zatrzymał to po części dla siebie – wszyscy wiedzą, że ma amnezję, lecz wątpliwości co do swojej rodziny zachowała dla siebie. Dla niej jednak to to samo – nie wie, czy jest sens kogokolwiek szukać, dlatego wolała zacząć od nowa, zamykając rozdział.
– Przygotuję odpowiednie leki dla ciebie na drogę, abyś nie wrócił ze zlodowaciałymi nogami. – Zniknęła gdzieś na chwilę, po czym przyniosła buteleczkę wypełnioną do połowy wodą z zanurzonymi ziołami. Przekazała mi również kilka wskazówek, które miały uchronić mnie przed zamarznięciem na kość. Nie posiadałem Księżycowego Pyłu, który był w stanie uleczyć każdą możliwą ranę, lecz niestety nie miałem ani Pyłu ani ofiary dla swojego Patrona. Antilia przyznała szczerze, że podanie tego szczeniakowi nie przyniosłoby żadnego efektu a jedynie zmarnowałoby boski dar. Tak więc została legenda o boskim kwiecie…
Przygotowany, wyruszyłem w podróż, zostawiając klan pod opieką mojej siostry. Nie była na mnie zła, tylko raczej nie rozumiała mojej decyzji, a przynajmniej częściowo. Kazała mi obiecać, że szybko wrócę, bo lubi, gdy inni przesadzają z szacunkiem ale sprawami wewnętrznymi nie ma ochoty przejąć na dłużej. Uścisnąłem siostrę na pożegnanie i odwiedziłem Ùrfearn, powtarzając daną jej przysięgę.
– Ten drań zapłaci za to, co Ci zrobił…
Niesiony blaskiem księżyca, udałem się na Daleką Północ.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Słyszałem wiele opowieści na temat Dalekiej Północy, lecz żadna nie odpowiadała wrażeniom jakie towarzyszą, przebywając na lodowej pustyni. Powiedzieć, że jest to bardzo zimno to jakby stwierdzić, że Słońce pojawia się za dnia. Było cholernie zimno a do tego wiał silny wiatr z północnego zachodu. Zadrżałem po raz kolejny, czując, jak moje ciało próbuje desperacko zachować ciepło. Od kilku dni błąkałem się po bezkresnej białej pustce, czując jak opuszcza mnie nadzieja na odnalezienie legendernarnego kwiatu. Do zachodu słońca nie zostało wiele, dzięki czemu mogłem postawić coś w rodzaju bariery, która pomoże mi przetrwać noc. Jedną z ostatnich, jeśli tu jeszcze zostanę dłużej… Mimowolnie zachichotałem, wydając z siebie świszczący śmiech. Io i Bella zawsze powtarzały, że jestem tak uparty, że doprowadzam tym samych bogów do szału.bChyba miały rację, bo nie umiem odpuścić. Lecz teraz sam z siebie chciałem odejść. Czułem, że nic tu nie zdziałam, a moja śmierć jedynie pogorszy sytuację. Teoretycznie mam następcę, lecz nie sądzę, aby moja siostra była tym zachwycona. Ostatni raz spojrzałem na śnieżną równinę, pokrytą półprzezroczystym kocem z lodu i płatku śniegu, którą żegnało słońce, rzucając lodowej pustyni swoje ciepłe światło. Niedaleko była ściana zbudowana z lodu, przykryta nalotem śnieżnym. Przypominało mi to łapę chroniącą coś cennego w swoim wnętrzu. Widok był urzekający, lecz wiedziałem, że muszę pogodzić się z porażką.
Odwróciłem się, chcąc odejść w kierunku swoich ziem na południu, gdy nagle do głosu doszła pewna myśl...
Dlaczego tak łatwo się poddaje?
Spojrzałem ponownie na zapierający dech w piersi widok, przypominając sobie wiersz, który przekazała mi Antilia. Obracałem w myślach treść wiersza, gdy nagle zrozumiałem.
To był test. Czy poddam się przeznaczeniu, czy stanę z nim oko w oko!
Niespodziewanie promienie zachodzącego słońca dotknęły niepozornej skały a ta rozbłysła tysiącem kolorów, ujawniając ukryty w jej cieniu skarb. Podbiegłem, chcąc zdobyć jeden okaz boskiej rośliny, czując w duchu, że jeśli promienie słoneczne zgasną, kwiat przepadnie.
Kwiat był niezwykle piękny… Kolorowe płatki wyglądały, jakby zostały stworzone z delikatnego kryształu, który mieniły się wszystkimi odcieniami. Delikatna łodyga utrzymywała kwiatostan oraz cienkie, duże liścienie. Roślina opierała się każdym znanym nam prawom przyrody, żyjąc na arktycznym pustkowiu. Ostrożnie stawiając łapy, udałem się w głąb boskiej łąki, rozglądając się za tym jedynym egzemplarzem, który będzie w stanie pomóc mojej uczennicy. Po prostu czułem, że pierwszy lepszy kwiat nie pomoże jej. W końcu znalazłem ten, którego szukałem. I to w samą porę.
Gdy chwyciłem smukłą łodygę zębami i zerwałem, słońce właśnie schowało swe oblicze za horyzontem, ustępując miejsca młodszemu bratu. Magiczna łąka straciła swoje żywe kolory, kontrastujące z arktyczną szarością, po czym stopniowo rozmazywała się, by w końcu zniknąć… Zostałem sam, trzymając w zębach magiczną roślinę. Spojrzałem na wschodzący księżyc, po czym wzniosłem się delikatnie ponad śnieżną pustynię, śpiesząc z cennym lekiem dla mojej uczennicy.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

– Masz go? – zapytała Antilia, stojąc przed wejściem do swojej jaskini. Noc powoli kończyła się a pierwsze promienie słońca barwiły niebo nad horyzontem na cieplejsze odcienie. Wylądałem kilka metrów od wadery, na mokrej i zimniejszej ziemi. Pewnie śnieg ostatnio spadł… Gdy tylko samica ujrzała promieniujący subtelnym światłem kryształowy kwiat, jej oczy zrobiły się ogromne…
– Czyli jednak istnieje… – szepnęła cicho, podziwiając dar boga słońca dla swojej żony. Jednak gdy spojrzałem jej w oczy, widziałem, że nie mamy czasu do stracenia.
– Musimy się spieszyć… – powiedziała, po czym po kilku minutach byliśmy już w drodze do ołtarza Flotte Org, niosąc na swoim grzbiecie umierającą Wrzosową Olchę.

Antilia opowiedziała mi o dziwnych zdarzeniach, które miały miejsce pod moją nieobecność. Podrzucano zgniłe zwłoki zwierząt, niszczono nasze tereny, szczuto też niektóre niebezpieczne stworzenia, przez co niektóre miejsca były niezwykle niebezpieczne… Były również dwa ataki grupy nieznanych wilków na członków naszego klanu. Vinys nie został groźnie ranny, bardziej mocno poturbowany, lecz Dusjer nie miał tyle szczęścia. Basior mocno oberwał i nadal leczy się u uzdrowicielki, ale jest już w lepszej formie. Próbowano nawet zaatakować Antilię ale ta wtedy była z moją siostrą i we dwie udało im się spłoszyć przeciwnika. Biała wilczyca przysięga, że widziała dużego, szarego basiora o bursztynowych oczach. Antilia przyznała, że ktoś chciał włamać się do jej jaskini, lecz zabezpieczyła wejście ścianą toksycznej wody. Znalazła ślady obcego wilka, nienależącego do naszej sfory.
Zaczyna się… Próbuje mnie sprowokować do walki, żeby odsłonił Ùrfearn.
Uśmiechnąłem się delikatnie, śmiejąc się w duchu. Jesteś martwy…
Dotarliśmy do miejsca składania hołdu naszym bogom. Kamień lśnił delikatnie w świetle dnia, a jego runy jarzyły się na lekko pomarańczowy kolor, co świadczyło, że bogowie są w stanie wysłuchać naszych próśb. Położyłem delikatnie Ùrfearn na kamiennym stole będącym przed skałą z runami, tam gdzie wskazała skrzydlata wadera. Po chwili wilczyca poprosiła o kwiat, który również jej podałem, a następnie na jej prośbę, odsunąłem się od ołtarza. Potem zaczęła wypowiadać modlitwę skierowaną ku patronce uzdrowicieli i bogini przeznaczenia – Framtid.
Cierpliwie czekałem, aż Antilia wyjdzie z swego rodzaju transu… , pilnąc, aby ani jej, ani młodej nic nie zagroziło. Było spokojnie, aż za spokojnie…
W pewnym momencie wadera wyszła z transu, a ja byłem tak bardzo skupiony na obserwacji otoczenia, że na dźwięk swojego imienia podskoczyłem.
Odwróciłem się i zobaczyłem, jak ciało szczeniaka świeci delikatnym, pomarańczowym blaskiem.
– Framtid wysłuchała prośby i zgodziła się oszczędzić Ùrfearn. – Uśmiechnęła się promiennie. – Poprosiła, abym przekazała Ci, że jest pełna podziwu Twojej postawie i oddaniu dla Ùr…
– Zmiana planów – ona zaraz zginie…!
Moja sierść natychmiast zjeżyła się, a ja przyjąłem pozycję do ataku, Antilia zrobiła podobnie, chroniąc leżącą, szarą kulkę sierści przed kamieniem runicznym.
Złotooki ukazał się wraz z całą swoją paczką, otaczając mnie oraz uzdrowicielkę. Nie mogłem pozwolić, aby ponownie skrzywdzili Ùrfearn.
– Antilia, bierz Ùr i uciekaj! – krzyknąłem, po czym rzuciłem się na przywódcę wrogiej sfory. W pierwszych sekundach walki chyba usłyszałem trzepot wilczych skrzydeł białej wilczycy…



Ùrfearn? Przepraszam, że tak długo ;___;

piątek, 6 sierpnia 2021

Brak komentarzy

Od Úrfearn cd. Akosa – „Nauka to potęgi klucz”

Wyobraź sobie nieskończoną przestrzeń. Nie ma żadnych ścian, dachu ani podłoża. Bezkres jest ciemnością, i ciemność jest bezkresem, tylko Ty, lewitujesz gdzieś w tym wszystkim (albo i niczym). Nie czujesz chłodu, czy ciepła. Nie ma głodu ani przesytu, nie zaznasz tu też bólu i nie poczujesz fizycznej rozkoszy. Wisz już co to? To wnętrze Twojej duszy. Można się tam dostać na ledwie dwa sposoby. Pierwszym z nich jest trudna sztuka medytacji, która pozwala całkowicie oczyścić umysł i zajrzeć w głąb siebie. Drugim natomiast jest moment, gdy balansujesz między życiem a śmiercią. To właśnie TEN moment, gdy musisz dokonać trudnego wyboru. Obie opcje są nieraz równie kuszące. Obie gwarantują życie, ale każda na innej płaszczyźnie. Lecz nim dokona się wyboru, nasza dusza może odkryć się przed nami. Czerń wówczas zniknie, rozejdzie się ciemna mgła zasłaniająca nam widok, a naszym oczom okaże się pewna scena. Problem w tym, że każdy widzi co innego i czyjeś rady nam nie pomogą w dokonaniu wyboru, który czeka na nas na jej końcu. Do owego wnętrza duszy dostała się właśnie Úrfearn, która nie do końca świadomie walczy o każdy oddech.

*~*~*~*~*~*~*~*

Czerń i mrok, były pierwszymi rzeczami które zobaczyłam, gdy otworzyłam oczy. Nie miałam pojęcia, gdzie się znalazłam. Myślałam, że będę czuła ból, albo zmęczenie, albo chociaż lekkie drapanie w gardle. Przecież się wcześniej topiłam. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że lewituję nad nicością.
− Umarłam? – rzuciłam pytanie drżącym głosem, na co dźwięk zatracił się w bezkresie. Czułam ja moja psychika zaczynała się kruszyć – Nie! Nie mogłam umrzeć… − dukałam do siebie pod nosem – Żar i reszta są na terenach klanu… Mogą komuś zrobić krzywdę… Są intruzami, poleje się krew… – z moich oczu zaczęły wypływać łzy – To wszystko moja wina! – zaczęłam niespokojnie przemierzać nicość. Ruszyłam biegiem przed siebie- Muszę jakoś wrócić! Jakoś pomóc… odpokutować…

*~*~*~*~*~*~*~*

Szara wadera zaczęła nieświadomie popiskiwać, a gdyby wilki mogły się pocić, na jej czole na pewno można by było dostrzec krople słonej cieczy. Ciało Úr przeszedł dreszcz. Niespokojne dźwięki podopiecznej wyrwały Akosa z zamyślenia, który to z troską i powiedzmy sobie szczerze, lękiem poderwała się gwałtownie, by sprawdzić, co dzieje się z najmłodszą członkinią jego klanu. Sprawdził temperaturę ciała wilczycy. Ze smutkiem stwierdził, że gorączka nie opuściła Úrfearn. Nie mogąc jednak nic więcej zrobić. Polizał z troską czoło waderki, którą męczyły niespokojne myśli. Ku niewielkiej uciesze basiora, Úr uspokoiła się pod wpływem troskliwego gestu. Akos położył się tuż obok wilczycy i kładąc pysk na przednich łapach wpatrywał się bezbronną twarz swojej uczennicy.

*~*~*~*~*~*~*~*

Nie mam pojęcia ile biegłam, ale po jakimś (co jest wręcz idealnym określeniem) czasie oślepiło mnie nagle białe światło, a już po chwili okazało się że stałam na ścieżce pośrodku lasu. Otaczały mnie piękne złocisto-ogniste barwy, liście opadały, delikatnie niesione przez lekki wietrzyk. Rozejrzałam się dookoła, aby po chwili dostrzec, jak ścieżka zaczyna się rozchodzić dwóch, różnych kierunkach. Na końcu każdego ze szlaków widniała lekko oświetlona mgła. Po prawej, kres drogi miał błękitny odcień lodu, po lewej zaś soczysty, trawiasty kolor. ~Tylko… czym różnią się oprócz wyglądu?~ zastanawiałam się. ~Co spotka mnie po drugiej stronie?~



<Akosie?>
Úrf dokona wyboru w następnym odpisie, ile czasu jednak to zajmuje w realnym wymiarze, (jej dusza jest gdzieś na skraju duchowego i rzeczywistego) jeszcze nie wiemy. Powiedzmy, że Ty zdecydujesz ;3

niedziela, 1 sierpnia 2021

Brak komentarzy

Od Akosa cd. Úrfearn "Nauka to potęgi klucz"

Z każdym uderzeniem mojego serca niepokój rósł i zacieśniał się wokół mojej szyi. Rozpocząłem gorączkowe poszukiwania, które były tak chaotyczne, że nie dały żadnego rezultatu. Zamiast jednak wpaść w panikę, przypomniałem sobie nauki moich dawnych nauczycieli i treningi, jakim zostałem poddany. Wziąłem głęboki wdech i oczyściłem umysł, skupiając się na otaczającym mnie terenie. Nie mogłem użyć swojej mocy z racji braku pory nocnej. Na szczęście nauczono mnie, aby nie zawsze polegać na swoim żywiole, lecz na instynkcie oraz nabytych przez wymagające ćwiczenia oraz trudne wyzwania, jakie mi narzucano, umiejętnościach. Moja rodzina oraz przyszli poddani mieli wobec mnie wysokie oczekiwania, ale ja miałem jeszcze większe. Przymknąłem oczy i otworzyłem się na otaczającą mnie przyrodę i informację krążące w jej obiegu.

Poczułem ziemię, na której stałem; wiatr, delikatnie poruszający liśćmi ogromnych drzew; wodę, płynącą z górskich szczytów.
I poczułam obcą, nieznaną mi obecność wrogo nastawionego wilka, najpewniej basiora. Miała ona ostrą woń gniewu i zemsty, przesyconą rządzą krwi. Nie chodziło tu o chęć mordu przypadkowych wilków, lecz o wymierzenie sprawiedliwości pewnemu wilkowi. 
Chodziło im o Úrfearn!
Potrząsnąłem głową. Nie trać koncentracji! – upomniałem się w myślach.
Wróciłem do poprzedniego stanu, chcąc zdobyć więcej informacji. Na szczęście byłem bardzo dobry w medytacji, którą również trenowałem od lat, tak więc długo mi to nie zajęło. Poza głównym wilkiem, były też inne wilki, lecz ich woń była nikła, zupełnie przyćmiona przez dominującą obecność basiora. Był pyszny i bardzo pewny siebie, a napędzająca go nienawiść była jak duszący dym, który otaczał jego aurę.
I pozostawiał ledwie widoczny ślad, który ciągnął się za nim niczym zabłąkany szczeniak.
Uśmiechnąłem się, lecz nie było w tym uśmiechu ani szczypty radości. Ruszyłem w pościg, mając przeczucie, że muszę zdążyć przed zachodem słońca – kiedy jestem w stanie użyć swoich mocy.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Ślad wił się przez większą część wschodniej granicy i co jakiś gubiłem trop, na szczęście szybko go odnalazłem z powrotem. Czułam, że czas przecieka mi przez palce i muszę się śpieszyć… Podążając za niewidzialnym śladem, pozwoliłem sobie na swego rodzaju automatyzację ruchów – wykonywałem jakiś ruch, w tym przypadku bieg, lecz nie skupiałem się na tej czynności, lecz na buzujących we mnie emocjach. Nie mogłem zrozumieć jak można tak nienawidzić szczeniaka, zwłaszcza, że nie odpowiada ono za czyny swojego rodzica. Jednak wiedziałem, że na tym świecie żyją przeciwieństwa nas samych. Úr jest niezwykła i dużo przeszła w swoim życiu. Podziwiam ją za jej siłę i odwagę, lecz dlaczego nie powiedziała, że ktoś na nią poluje? Zacząłem przypominać sobie jej historię, którą kiedyś mi opowiedziała. Przyznała, że nie chce powiedzieć wszystkiego, ze względu na bolesne wspomnienia czy niechęć do zwierzania się niemal obcym wilkom.
Urodziła się jako owoc zdrady jej matki, która zapłaciła za ten czyn swoim życiem, wydając na świat, dwie waderki. Ojczym nienawidził Olchę i jej siostrę bliźniaczkę, utrudniając im życie, doprowadzając do śmierci jednej z nich. Úrfean została oskarżona o zamordowanie swojej siostry, lecz zdołała uciec i znaleźć schronienie w moim klanie.
Nagle poczułem, że znalazłem rozwiązanie, lecz nim je poznałem, zdążyło mi już umknąć.
Dlatego przyśpieszyłem, czując, że moje ciało powoli opada z sił, lecz nadal było napędzane czystą adrenaliną.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•
 
Niematerialny ślad, a raczej jego siła, z każdym krokiem. To znaczy, że jestem blisko… Znajdowałem się przy kaskadzie wodospadu Fjellkrystal, na lewym brzegu. Czaiłem się na brzegu, ukrywając się między leśnym busze, nie chcąc tracić ewentualnego elementu zaskoczenia, jeśli będzie trzeba stanąć do walki. Za kilka minut Słońce zajdzie za horyzont, odzyskując tym samym dostęp do mojej mocy, która w świetle dnia jest nieaktywna i bezużyteczna. Co nie znaczy, że i ja jestem bezużyteczny… – pomyślałem, przypominając sobie słowa Iossy, mojej najmłodszej siostry. Była aniołem, choć czasami lubiała rozrabiać. Poczułem ukłucie w sercu na wspomnienie o niej, lecz szybko wziąłem się w garść, chcąc ocalić swoją uczennicę i podopieczną przed losem, jaki spotkał Iossę.
Nagle coś usłyszałem.
Odwróciłem głowę w tamtym kierunku, chcąc zobaczyć co właściwie usłyszałem. Zamarłem, uważnie obserwując, przygotowując ciało do dużego wysiłku, być może nawet walki.
Úrfearn stała na krawędzi kaskady, niebezpiecznie blisko granicy między ziemią a przestrzenią między nią a pieniącą się wodą, ukrywającą niebezpieczne podwodne skały. Ogon podkuliła tak, że wygląda prawie jakby miała go złamanego, a uszy przykleiły się do jej głowy. Naprzeciwko niej stał duży, szary basior, który emanował statusem dowódcy, a obok niego kilka innych wilków, które najwidoczniej były zdominowane przez niego – stały w dużej odległości od niego i Úr oraz nie wtrącali się do rozmowy, która między nimi się odbywała. Być może jest nawet ich formalnym przywódcą… – pomyślałem. I chyba mam rację.
Nawet z tak dużej odległości, jaka nas dzieliła, widziałam w jej oczach strach, wręcz przerażenie, ale również swojego rodzaju odwagę – nie bała się powiedzieć tego co myślała, choć nadal towarzyszyła jej obawa i świadomość, że zaraz najpewniej zginie. Zauważyłam na jej nadgarstkach i kostkach kamienne bransolety, które nie wyglądały na najlżejsze. Delikatny wiatr porwał jej szarawe lotki, z których została brutalnie obdarta. Czułem, jak buzują we mnie emocje – gniew i obrzydzenie skierowane ku jej oprawcom, strach o życie młodej waderki, nawet chęć pomszczenia krzywd Úrfean.
Słońce już niemal zaszło a ja poczułem stopniowy przypływ energii, na nowo wypełniające moje ciało. Wtedy szary basior popchnął Úrfean, patrząc swoimi złotymi oczami, jak spada, czując upojoną radość z tego co zrobił. W pierwszej chwili chciałem rzucić się w przepaść za szczeniakiem, lecz po chwili przyszła chłodna kalkulacja. Jeśli mnie zobaczą, być może nie uda mi się jej uratować. Musiałem więc czekać, choć najchętniej już bym zanurkował w kaskadach wodospadu Fjellkrystal.
Garstka wilków odeszła, nie patrząc nawet w stronę przepaści. Również ich przywódca odszedł, upewniając się, że jego ofiara nie zdołała się wynurzyć. Oddalił się odrobinkę, nie zwracając uwagi na otoczenie. To jest moja szansa! Pokonałem kilka metrów w ułamku sekundy, tratując wszystkie krzewy oraz rośliny po drodze, i skoczyłem, zawisając przez chwilę w powietrzu a potem zacząłem spadać w dół, skupiając swój wzrok na pieniącej się wodzie w oddali.

Nie zauważyłem, że szary basior o złotych oczach dostrzegł ruch kątem oka. I że nie obserwuje moje poczynania, odsłaniając swoje zęby w szalonym gniewie, że ktoś pokrzyżował mu plany zabicia jego cholernej pasierbicy.

Gdy tylko moje ciało znalazło się pod wodą, poczułem tysiące igieł kłujących moją skórę. Byłem mocno rozgrzany a skok do zimnej wody normalnie mógłby się bardzo źle skończyć. Jednak teraz liczyło się odnalezienie mojej podopiecznej. Poczułem, jak silny prąd rzuca mną o podwodne kamienne stożki, które rozcinały mi skórę i obijały moje ciało. Ból rósł z każdym kolejny uderzeniem, lecz nie zwracałem na niego uwagi, skupiając się na zmyśle wzroku. Warunki były trudne – woda była spieniona a ogromne bąble powietrza dookoła nie ułatwiały zadania. Jest! Kilka metrów przede mną płynęła rozmazana, nieruchoma kulka szarej sierści. Na szczęście prąd wody sprzyjał mi, więc bez problemu podpłynąłem do niej. Chciałem się wynurzyć wraz z nieprzytomną uczennicą, lecz poczułem opór. Rozejrzałem się, ledwie co widząc w spienionej wodzie. Dostrzegłem, że jej łapa zaklinowała się między kilkoma skałami. Po kilku szarpnięciach udało mi się uwolnić nogę Úrfearn, lecz stworzyłem głęboką ranę z której zaczęła się sączyć duża ilość krwi. Odłożyłem zmartwienia na bok, wypływając na powierzchnię.
Jednak te powróciły z zdwojoną siłą. Oddech Úrfearn był świszczący a z jej pyska wydobywały się bąbelki wypełnione powietrzem. Woda nie oszczędziła waderke, powodując u niej bardzo poważne obrażenia. Chciałem płakać, ale udało mi się powstrzymać łzy. Położyłam nieprzytomne wilczątko na grzbiecie, po czym wzniosłem się ku nocnemu niebu, kierując się do jaskini naszej uzdrowicielki. Gdy leciałem, dostrzegłem parę złotych oczu, patrzących z nienawiścią na mnie.
– Dopadnij mnie, jeśli potrafisz – wyszeptałem w głuchą ciszę, lecąc na wschód.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Tamte lądowanie nie należało do… najzgrabniejszych. Cieszyłem się, że nikt tego nie widział, a zwłaszcza Isobel. W tamtym momencie obchodziło mnie jedynie życie Úrfearn oraz odnalezienie naszej jedynej, na tamten moment, uzdrowicielki. Szybko wszedłem do jaskini, gorączkowo poszukując biało-błękitnej skrzydlatej wilczycy. Nikogo nie zastałem w domu. Głośno zakląłem, myśląc co teraz zrobić.
– Czemu przeklinasz w moim domu? – Antilia stała przy wejściu do swojej jaskini, oświetlana przez srebrny blask księżyca. Ta noc miała fazę ostatniej kwarty. Miała na sobie skórzany wór przepasany wzdłuż jej talii, z którego wystawały dziwne kwiaty. 
– Musisz jej pomóc... – powiedziałem, niemal błagając, ściągając z grzbietu ledwie żywego szarego szczeniaka.  

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•

Uzdrowicielka westchnęła, kończąc bandażować i opatrywać rany nadal nieprzytomnego szarego szczeniaka. Dookoła niej i leżącej Úrfearn były resztki maści, postrzępione opatrunki i trochę zaschniętej krwi. Kilka godzin temu wpadłem do jej mieszkania z ciężko ranną Úrfearn. Teraz leżała na ziemi, bezwładna i mocno wyziębiona, lecz była w dobrych łapach. Ufałem Antilii i wierzyłam w jej wiedzę oraz umiejętności. Czułem, jak moja moc powoli ubywa, zupełnie jakby ktoś zrobił we mnie dziurę. Nastaje dzień...
– Teraz pozostaje czekać... – powiedziała cicho, odchodząc od waderki i zaczynając sprzątać bałagan. 
– Jak to? – zapytałem. – Nic więcej nie możesz zrobić?
– Teraz już nie. – W jej oczach widać było, że chce walczyć, lecz umie zobaczyć, kiedy doszło do końca walki i kiedy się poddać. – Jest silna, lecz potrzebuję kilku ziół, a tych na razie nie mam. Muszę poprosić Yareena, aby je zebrał. – Zaczęła szykować się do wyjścia. Podeszłem do Úr. Położyłem łapę na jej czole. Jest mocno wyziębiona a jej ciało delikatnie drżało. Większość jej ciała była pokryta opatrunkami. Lecz nadal walczy. 
– Chyba nie będę musiała cię prosić abyś z nią został. – Wilczyca uśmiechnęła się ciepło, widząc, jaką troską otoczyłem to szarawe wilczątko.
– Nie – Również się uśmiechnąłem, tylko w tym uśmiechu było więcej smutku. Wadera kiwnęła głową i ruszyła w drogę.
Ja natomiast zacząłem układać plan zemsty na złotookim szaraku. Pożałujesz tego – pomyślałem, odsłaniając kły.



Úr? Akos jest wściekły i chcę dokonać zemsty. Co ciekawe, podczas pisania tego puściłam sobie Holding Out For A Hero xD #gimbynieznajo

poniedziałek, 26 lipca 2021

Brak komentarzy

Od Úrfearn cd. Akos "Nauka to potęgi klucz?"


Już miałam rzucić się na królika by zadać mu ostateczny cios, gdy ten nagle został złapany w silne, dobrze znane mi łapy. Zaskoczona i przerażona wilkiem, którego zobaczyłam, stałam osłupiała w miejscu, w którym właśnie kucałam. Szary basior o płonących, złotych oczach zwrócił się w moją stronę.
-Witaj Wrzosiku - powiedział przesłodzonym głosem po czym splunął w trawę obok z obrzydzeniem. - Nawet nie wiesz ile nieszczęścia sprowadziłaś na swoją... - przerwał na chwilę, budując tym samym napięcie - ...watahę. - Znowu urwał po czym robiąc krok w moją stronę dodał - A teraz będziesz musiała za to zapłacić. - Uśmiechnął się podle, zrobił kolejny krok w moją stronę i kolejny, a ja, niewiele myśląc, odzkoczyłam w tył i zawróciłem w kierunku, gdzie, kilkaset metrów dalej, miał być Akos. Niestety na mojej drodze stanęły dwa inne wilki, które mnie złapały, nie dając mi nawet możliwości na użycie skrzydeł, czy raczkującego jeszcze żywiołu, którego nie potrafiłam używać w kryzysowych sytuacjach. Zaskomlałam gdy Rufus- kakaowy, masywny wilk obdarzony żywiołem ziemi, przygwoździł mnie do podłoża, utrudniając mi przy tym oddychanie, a co dopiero krzyk. Drugi wilk- Frei, która to była znana z żywiołu materii, miała śnieżnobiałą sierść i szmaragdowe oczy. Ów oczy "gasły" na chwile przed tym, jak miała teleportować siebie lub grupę wilków w ściśle określone i przygotowane wcześniej miejsce. Już po zaledwie kilku sekundach przede mną stanęła kolejna wilczyca. Mięta - rok starsza ode mnie błękitna niczym niezapominajka wadera, potrafiąca kontrolować specyficzny gaz usypiający. Wilczyca jest ślepa i posiada białe, zamglone oczy, które w czasie wytwarzania dymu zmieniają barwę na soczystą, miętową zieleń. Uśmiechnęła się ona do mnie przepraszająco i używając swojego daru sprawiła, że moje drogi oddechowe wypełnił ów gaz. Rufus ze mnie zszedł, po czym on, Żar, dwie wadery i jeden nieznany mi basior, stojący po prawej stronie ojczyma i pokryty czarną mgłą, zaczęli mi się rozmazywać przed oczyma. Mięta sprawiła, że straciłam kontakt z rzeczywistością i odpłynęłam.


*~*~*~*~*~*~*


Szum płynącej wody odbijał się echem po niewielkim skalnym pomieszczeniu, w którym za szklanymi kratami wykonanymi przez Rufusa, leżała nieprzytomna Úrfearn. Była to boczna komnata jednej z jaskiń znajdujących się gdzieś za Wodospadem Fiellkrystal. Niedaleko wschodniej granicy klanu. W owej jaskini znajdowało się ledwie 5 wilków pozostałych z Watahy Cieni, która praktycznie zniknęła z powierzchni ziemi, po ataku grupy lampartów śnieżnych, które z nią to dzieliły granice. Ów atak nastąpił dokładnie tydzień po ucieczce Úr. Ojczym, który nienawidził wilczycy, wmówił pozostałym członkom watahy, że to właśnie ona nasłała na nich lamparty, aby się mściły za to, że chcieli ją wydać na śmierć zgodnie z prawem watahy. Mięta i Frei nie uwierzyły w słowa obłąkanego basiora, ale przez to że nie miały by z nim żadnych szans w walce, poddały się i stały się mu posłuszne. Wilki okrzyknęły Żara nowym alfą Watahy Cieni.


~*~*~*~*~*~*~


Ocknęłam się w chłodnym miejscu. W uszach dudniła mi krew. Potrzebowałam dłuższej chwili by przyzwyczaić się do dość nieciekawej sytuacji. Ledwo wstałam i aby utrzymać się na łapach musiałam sobie pomóc skrzydłami. Poczłapałam w kierunku jedynego wyjścia z jaskini. Było zablokowane kamiennymi prętami. Usiadłam przy nich zrezygnowana. Nawet jakby udało mi się użyć swojego żywiołu to nic by mi nie dał. Byłam wykończona i nawet zwykłe kroki sprawiały mi trudność. Gaz Mięty, był nadwyraz wyczerpujący dla organizmu, a ponadto skała jest kontrą mojego żywiołu. Usłyszawszy szmer i zbliżające się kroki, cofnęłam się i skupiłam swój wzrok na odwiedzającego mnie wilka. Zaskomlałam cicho i cofnęłam się pod najdalszą ścianę swojego więzienia, gdy zobaczyłam płonące złote oczy.
- Pewnie się domyślasz, co Cię czeka - zaczął. ~Śmierć o zachodzie słońca.~ pomyślałam. Serce mi się krajało, na myśl, że ledwo zaczęłam nowe życie, to już musiałam je skończyć. Jedno co mogłam zrobić w tej chwili, to patrzeć się na moje oprawcę.
- Jednak, postanowiliśmy dać Ci wybór... - przyznał nie ukrywając nie zadowolenia z tego powodu
- Słucham?! - poderwałam się gwałtownie i podeszłam chcąc upewnić się, czy się nie przesłyszałam.
-możesz wrócić do watahy, albo, co bardziej popieram, poddać się karze. - powiedział jakby to było coś oczywistego.
- Nigdy nie wrócę do Waszej przeklętej watahy! - warknęłam. - Wolę umrzeć tutaj, niż dać Ci się stopniowo otruć - syknęłam, na co Żar się zaśmiał.
- Niech tak się stanie. - Odwrócił się i zaczął wychodzić z mojej celi. Przeszedł ledwie metr, po czym, stojąc tyłem do mnie powiedział
- Pozdrów ode mnie Olchę. - Odszedł, a we mnie wezbrały gniew i rozpacz. ~Jak on śmie?!~


~*~*~*~*~*~*~


Stałam plecami do krawędzi klifu, na szczycie wodospadu. To były dosłownie dwa kroki od przepaści. Na brzegu walały się moje pióra - lotki, przez co nie byłam już w stanie latać. Rufus sklecił dla mnie kamienne bransolety na łapy, których nie miałam nawet siły zdjąć, chodź wiedziałam, że była drobna szansa na to, że się skruszą pod wpływem gwałtownego uderzenia. Dodatkowo mnie one obciążały i utrudniały chodzenie. Westchnęłam cicho. Miałam podkulony ogon i uszy położone po sobie. byłam nieco zgarbiona. Nie miałam ochoty patrzeć na piękno gasnącego nieba.
Pierwsze promienie słońca zaczęły zachodzić. Cztery wilki stały w rzędzie oczekując egzekucji, a ich Alfa stał tuż przede mną i z wyższością oraz swego rodzaju, okrutną radością, szczerzył się do mnie.
- Jakieś ostatnie słowa? - zapytał, jakby to była zwykła formalność.
- Oby Rodhevn o mnie pamiętał - powiedziałam. W tym momencie zawiał gwałtowny wiatr. Porywając moje pióra w dół wodospadu. Pierze zawirowało w powietrzu, ale nie dotknęło wody. Pióra straciły się gdzieś w przybrzeżnych krzakach i skałach. W powietrzu wyczułam słaby zapach Akosa. Jeśli się nie myliłam, był jakiś kilometr ode mnie i zbliżał się. Nie zdąży, nawet jeśli się postara. ~Dziękuję za chęci~ Uśmiechnęłam się ze łzami w oczach i odwróciłam pyskiem do przepaści. Żar stał za mną. Musiał poczekać z wepchnięciem mnie jeszcze jakieś 5 minut, a potem... no cóż. nadejdzie pora na mój ostatni lot.

To było najdłuższe pięć minut w moim życiu. Gdy tylko ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem, zostałam popchnięta, przez co straciłam grunt pod łapami. Pisnęłam przerażona, gdy tylko uświadomiłam sobie, że nawet skrzydła nie złagodzą mojego upadku z wysokości i mogę roztrzaskać się o ostre skały, ukryte gdzieś pod pianą wzburzonej wody. Na moje szczęście, albo i nie, ominęłam wszelkie skalne przeszkody i wpadłam do wody z głośnym pluskiem. Bransolety ciągnęły mnie na dno, a płuca powoli zaczęły wypełniać się wodą. Szarpałam się przez chwilę, ale ze strachu nie zdążyłam nabrać nawet porządnie powietrza. Piekły mnie całe drogi oddechowe. Zaczęło mnie mroczyć, a już po chwili otoczyła mnie ciemność. Zamykałam już oczy, gdy nagle dostrzegłam jakąś smugę, która ruszyła w moim kierunku. Ruszyła się woda, rzucając mną w jakąś stronę. Po chwili zostałam szarpnięta, a potem nic więcej już nie czułam i nie widziałam. Straciłam przytomność.



Akosie?
<To Ty mnie ratujesz, czy ktoś inny? Ma dobre zamiary, czy będziesz musiał mnie dalej szukać?>

poniedziałek, 12 lipca 2021

Brak komentarzy

Od Akosa cd. Úrfearn "Nauka to potęgi klucz".

Popatrzyłem na młodą wilczycę, widząc w jej oczach pytanie, co źle zrobiłam.
– Przez to, że Twój ogon był za wysoko, widać Cię było zza kryjówki. Królik czekał na Twój ruch i był gotowy do ucieczki – wyjaśniłem cierpliwie. 
– Aha… – powiedziała waderka.
– Pokażę Ci jak powinnaś polować. Chodźmy, poszukamy nowej zwierzyny. – Kiwnąłem głową na znak ruszenia w drogę.

•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•


Prowadziłem szczeniaka w stronę Zielonych Wzgórz Fjell, gdzie nie było dużo zwierzyny, tak jak na przykład na Błoniach, jednak w porównaniu do tych równin obfitych we wszelkiej maści zwierzyny, w lesie znajdującym się w dolinie jest mnóstwo kryjówek, które pomogą mi w demonstracji. Prowadziłem Úrfearn przez leśną ścieżkę, szukając zwierzyny, która posłuży mi za przedmiot potrzebny do przeprowadzenia pokazu. Szara waderka ostrożnie podążała za mną, uważając na przeszkody na jej drodze. Początki lata są przyjemne i z początku niepozornie chłodne, lecz z czasem robią się coraz cieplejsze – z dnia na dzień temperatura skacze coraz wyżej, przez co panują upały. Na szczęście dzisiejsza pogoda dopisywała nam – Słońce co jakiś czas skrywało się za białymi obłokami chmur, rzucając nieco cienia na nasze tereny. Podniosłem głowę, chłonąc chwilę cienia. Panował dzień, przez co wtedy byłem najzwyczajniejszym wilkiem, pozbawionym mocy. Jednak zostałem odpowiednio wyszkolony na wypadek ataku wroga, kiedy ja nie będę w stanie użyć swego żywiołu. Podobnie jest z Isobel, moją siostrą, która panuje za dnia. 
– Daleko jeszcze? – zapytała towarzysząca mi waderka. – Powoli robię się głodna… 
Zaciągnąłem powietrze do płuc powietrze, filtrując zapachy przez nos. Wyczułem charakterystyczny, lekko piżmowy zapach zwierzyny.
– Jesteśmy na miejscu – szepnąłem. – Teraz cicho, żeby nie spłoszyć naszej ofiary.
Úr kiwnęła głową, po czym zaczęła skradać, podążając za mną. Przeszliśmy tak pewien kawałek, kiedy zauważyłem nasz cel – młodego dzika. Nie miał jeszcze kłów, lecz nie lekceważyłem go – mógł posiadać siłę dorosłego samca a bez wystających zębów był w stanie wyrządzić duże szkody. Nakazałem uczennicy zostać na miejscu a sam przystąpiłem do stworzenia zasadzki. 
Okrążyłem niczego świadomego dzika, trzymając wszystko nisko – mój brzuch prawie dotykał ziemi, uszy położone przy głowie oraz nisko zawieszony ogon, będący blisko ciała. Schowałem się gęstym krzewem, lekko unosząc głowę na tyle, aby zobaczyć otoczenie. Młody knur rył w ziemi w poszukiwaniu pożywienia, zupełnie nie zwracając sobie głowy rozglądaniem się. Świetnie, mną się nie przejmuj… 
Rzuciłem się z rozwartymi szczękami. Zagryzłem zęby na jego grzbiecie a pazury wbiłem głęboko w jego ciało. Zwierzę momentalnie zaczęło wierzgać i biegać, lecz ja mocno uczepiłem się jego ciała. Kilka razy uderzył nawet w gruby pień drzewa, ale ja nadal znajdowałem się na nim. W końcu po kilku minutach i kilku następnych ugryzieniach dzik padł, a ja zawołałem Úrfearn. Waderka przybiegła, patrząc głodno na świeże mięso z dzika. 
– Kiedy zjemy, znajdziemy jakiegoś mniejszego zwierza i spróbujesz go upolować – powiedziałem, po czym zacząłem jeść. Sam byłem nieco głodny, tak więc szybko zjadłem swój przydział. Kiedy szczeniak skończył jeść, czknął, na co zareagowałem śmiechem. Szczeniaki są urocze… – pomyślałem, po czym nakazałem iść, w poszukiwaniu nowej ofiary, tym razem dla mojej uczennicy. 


•❅──────✧❅✦❅✧──────❅•


– Pamiętaj, co ci mówiłem. Teraz idź.
Úrfearn zaczęła się skradać, mając na oku niewielkiego królika. Zajęczak stał spokojnie, obmywając swoje futerko, jednak nawet na najmniejszy szelest zaprzestał czynności i bacznie obserwował otoczenie. Gdy upewnił się, że ewentualne zagrożenie minęło, znów wracał do swojej toalety. Dla młodej mogło to być spore wyzwanie, jednak wierzyłem, że jej się uda. Postępowała niemal identycznie jak ja, kiedy polowałem na tego dzika – skradała się bardzo nisko i stara się zostać niezauważona. Królik w pewnym monecie ponownie zaprzestał mycia swojego futerka. Waderka postanowiła wykorzystać moment, w którym ofiara była zwrócona do niej tyłem. Wyskoczyła i już prawie zacisnęła na nim swoje szczęki, kiedy kątem oka dostrzegł ruch, po czym zaczął uciekać. Młoda waderka ruszyła za nim w pościg. Ja pobiegłem za nimi dopiero po dłuższej chwili, kiedy Úrfearn nie wracała. Przyłożyłem nos do ziemi i zacząłem węszyć za znajomą wonią. Udało mi się ją uchwycić, lecz po kilkuset metrach zapach znikł.
Zupełnie jak Úrfearn.


Úrfearn? Gdzie Cię wcięło? xD

środa, 7 lipca 2021

Brak komentarzy

Od Úrfearn do Akosa – „Nauka to potęgi klucz”

Obudziłam się wkrótce, po świcie. Rozciągnęłam się przed norą, którą znalazłam uprzedniego wieczoru i rozejrzałam się po okolicy. Temperatura była idealna. Ciepłe powietrze, chłodzone było lekkimi i orzeźwiającymi podmuchami wiatru. Stałam w głębokim cieniu, otaczających mnie wysokich drzew. Delektowałam się przez dłuższą chwilę pięknym porankiem, po czym, gdy tylko usłyszałam ciche burczenie swego brzucha, stwierdziłam, że czas na śniadanie. Wzbiłam się więc w powietrze i leciałam w kierunku polany, którą to nazwałam króliczą, przez wzgląd na to, iż jest tam spore siedlisko owych szaraków. Zaczaiłam się na sporym jagodowym krzakiem. Niemalże przykleiłam się do podłoża. Stałam pod wiatr. Dokładnie 3 długości ogona przede mną kicała sobie moja ofiara. Drgnęłam minimalnie do przodu. Uważałam by nie wydać przypadkiem żadnego dźwięku. Już miałam się rzucić na bezbronne zwierzę, gdy za mną nagle rozległ się męski głos -Masz złą pozycję… -powiedział, a gdy tylko te słowa doszły do mnie, zarówno królik, jak i ja odskoczyliśmy. Futro mi się zjeżyło, a ja sama momentalnie odwróciłam się w stronę basiora. Na początku nie bardzo skojarzyłam fakty, ale po chwili mnie olśniło. Przede mną stał Alfa we własnej osobie. Usiadł on spokojnie, z wysoko uniesioną głową. Patrzył na mnie spokojnie i przyglądał mi się.
-em… Przepraszam?- wydukałam po chwili. Stałam z położonymi po sobie uszami i ze zwieszonym ogonem. Nie bardzo wiedziałam co powinnam zrobić.
-Miałaś za wysoko ogon – Akos powiedział spokojnie. Gdy to usłyszałam to już całkiem zdębiałam


Akosie?